Podżeganie do wojny z Iranem (część 2) – fałszywe argumenty

Podżeganie do wojny z Iranem (część 2) – fałszywe argumenty

We wcześniejszych rozważaniach starałem się nakreślić złożony obraz stosunków panujących obecnie na Bliskim Wschodzie, a teraz przyjrzę się bliżej argumentom przemawiającym rzekomo za koniecznością rozprawy z Iranem. Jeśli chodzi o retorykę wojenną nadużywaną podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie, to można rzec, że nie padły tam żadne zaskakujące słowa. Premier Netanjahu już od dłuższego czasu snuje ponure wizje apokalipsy, którą podobno chce zgotować Izraelowi „krwiożerczy” reżim z Teheranu. W lutym 2018 r. na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium alarmował, że Iran umacnia swoją pozycję w regionie i chce „ustanowić ciągłe imperium otaczające Bliski Wschód od południa w Jemenie, ale także próbując stworzyć most lądowy z Iranu do Iraku, Syrii, Libanu i Gazy”[1]. W dwa miesiące później zorganizował specjalną konferencję multimedialną, podczas której przekonywał, że irańscy przywódcy cały czas kłamali, gdy zapewniali świat o tym, że nie dążą do stworzenia broni atomowej. Powoływał się przy tym na dowody, które miał pozyskać wywiad izraelski, świadczące o dużym stopniu zaawansowania irańskiego programu jądrowego. Podkreślił, że jego zdaniem umowa z Iranem z 2015 r. „została ufundowana na kłamstwach” i dlatego „nigdy nie powinna być zawarta”. Wyraził też przekonanie, że Donald Trump podejmie taką decyzję w sprawie układu z Teheranem, która wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom Izraela[2]. Netanjahu nie musiał zbyt długo czekać na spełnienie swoich pragnień, bowiem już 8 maja 2018 r. prezydent USA ogłosił jednostronne zerwanie tego porozumienia oraz zapowiedział nałożenie dotkliwych sankcji na państwo irańskie, ponieważ w jego opinii „pozwolenie na utrzymanie umowy z Iranem oznaczałoby wyścig zbrojeń nuklearnych”[3]. Trump zresztą już wcześniej zarzucał Teheranowi „podsycanie przemocy, rozlewu krwi i chaosu” na całym Bliskim Wschodzie oraz deklarował: „Musimy zapewnić, że ten morderczy reżim nigdy nie zbliży się do [posiadania] broni nuklearnej”[4]. W tym kontekście należy więc zadać pytanie: Czy rzeczywiście irański program jądrowy stwarza tak poważne zagrożenie, jak to przedstawiają Izraelczycy i Amerykanie?

Okazuje się, że „znawcom irańskiego uzbrojenia premier Izraela nie pokazał niczego nowego. Większość przytoczonych faktów była znana już z raportów wywiadowczych USA z 2007 i MAEA z 2011 r. To, że w 2018 r. nie pojawiło się nic nowego, świadczyć może raczej o zamrożeniu irańskiego programu atomowego lub o skuteczności międzynarodowego porozumienia, które przecież zawarte zostało właśnie z uwagi na podejrzenia podejmowania w Iranie prób budowy broni jądrowej i chęć ich zatrzymania”[5]. Potwierdza to ostatni raport Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej z lutego 2019 r., w którym stwierdzono, że „Iran respektuje limity dotyczące wzbogaconego uranu zawarte w międzynarodowym pakcie nuklearnym”. Eksperci MAEA przeprowadzili wymagane układem inspekcje irańskich instalacji jądrowych i ustalili, że „poziom wzbogaconego uranu, którego rezerwy posiada Iran, jest zgodny z postanowieniami paktu z 2015 r., choć w roku ubiegłym prezydent Donald Trump wycofał USA z tego porozumienia i nałożył na Teheran sankcje”[6]. Wątpliwości budzi także kwestia „małych jak na kraj tej wielkości ambicji atomowych ujawnionych przez Netanjahu. Pięć głowic o mocy 10 kiloton każda to arsenał symboliczny, by nie powiedzieć: nieistotny. Jako program badawczy może budzić niepokój, ale jako fundament odstraszania czy cel strategicznego programu zbrojeniowego Teheranu jest bardziej niż skromny”.

Obawy wobec „atomowych ambicji Iranu wynikają głównie z zagrożenia, które ponoć stanowią dla Izraela. Prezydent Bush przyznał to w marcu 2006 r., gdy powiedział, że »zagrożeniem ze strony Iranu jest ich oczywisty zamiar zniszczenia naszego wiernego sojusznika, jakim jest Izrael«. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że zarówno Izrael, jak i Stany Zjednoczone mają potężne arsenały jądrowe, zagrożenie to jest wyolbrzymiane”. Gdyby bowiem „zaatakowano którykolwiek z tych krajów, atakujący natychmiast poniósłby przerażające konsekwencje. Ani jeden, ani drugi kraj nie mógłby być szantażowany przez nuklearne państwo zbójeckie, ponieważ szantażysta nie zrealizowałby swojej groźby bez poniesienia tych samych konsekwencji”[7]. W tym względzie nie ma natomiast zahamowań premier Netanjahu, który podczas wizyty w sierpniu 2018 r. w izraelskim centrum badań jądrowych na pustyni Negew „ostrzegł przed możliwością użycia broni jądrowej wobec Iranu”, mówiąc, że „ci, którzy grożą Izraelowi zgładzeniem, narażają się na podobne niebezpieczeństwo, a w każdym razie nie osiągną celu”[8]. Biorąc zaś pod uwagę posiadaną przez Izrael przewagę technologiczną i jego potencjał nuklearny oraz system antyrakietowy chroniący izraelskie terytorium, to nie można uznać słów Netanjahu za czcze pogróżki, bowiem mają one bardzo realny wymiar i groźną wymowę. W tym kontekście, jak na ironię, to właśnie Izrael jawi się światu jako państwo zbójeckie, które atomowym szantażem próbuje wymusić realizację swoich roszczeń wobec Iranu. Niewiarygodnie brzmią także oskarżenia, że Iran mógłby przekazać broń atomową terrorystom, ponieważ przywódcy tego kraju „nigdy nie mogliby być pewni, czy taka transakcja pozostałaby niewykryta lub czy nie zostaliby po niej oskarżeni i ukarani. Oddawanie broni nuklearnej, której zdobycie było tak ryzykowne, jest prawdopodobnie ostatnią rzeczą, którą chcieliby zrobić. Utraciliby kontrolę nad jej użyciem i nigdy nie mogliby być pewni, czy Stany Zjednoczone (lub Izrael) nie spopieliłyby ich za samo podejrzenie, że dali terrorystom możliwość dokonania ataku nuklearnego”[9]. Wystarczy więc przypomnieć, że równie fałszywe i nigdy niepotwierdzone oskarżenia były pretekstem dla USA do inwazji na Irak w 2003 r., aby uświadomić sobie niedorzeczność takich insynuacji, których źródłem jest zapewne Izrael. Może o tym świadczyć wypowiedź Scotta Rittera, który był w latach 1991–1998 inspektorem ONZ ds. broni masowego rażenia w Iraku. Stwierdził on mianowicie: „Nie ma wątpliwości, że jeśli pomiędzy Ameryką a Iranem wybuchnie wojna, będzie to wojna zrodzona w Izraelu”, ponieważ „gdyby nie naciski Izraela i jego lobby, nikt w Waszyngtonie nie traktowałby poważnie pomysłu atakowania Iranu”.

W takich okolicznościach można uznać, że „irańskie ambicje atomowe nie wynikają z irracjonalnej ideologii, a z rozsądnej kalkulacji podpowiadającej, że państwo to potrzebuje nuklearnej broni odstraszającej, której mogłoby użyć przeciwko pojawiającym się zagrożeniom […]. Przywódcy Iranu ewidentnie zdają sobie sprawę z tego, że są celem Waszyngtonu, i to właśnie taki odbiór sytuacji zachęca ich do przyspieszenia swego programu atomowego”. Straszenie zaś Iranu widmem wojny prewencyjnej „daje tylko większe powody jego przywódcom, by starali się o pozyskanie atomowego środka odstraszania. Irańczycy, podobnie jak Amerykanie i Izraelczycy, zdają sobie sprawę z tego, że broń jądrowa jest najlepszym środkiem obronnym dostępnym krajowi, który znajduje się na celowniku innego państwa”[10]. Nie ulega też większej wątpliwości, że administracja amerykańska posiada odpowiednie instrumenty nacisku, aby doprowadzić do denuklearyzacji regionu bliskowschodniego. W przeszłości „Waszyngton wymusił liczne ustępstwa na przywódcach Związku Sowieckiego, gdy ten chylił się ku upadkowi, a później naciskał na Ukrainę, Kazachstan i Białoruś, by te zrezygnowały ze swoich arsenałów atomowych. Podobne działania ostatecznie zmusiły Libię do rezygnacji z własnych programów tworzenia broni masowego rażenia w zamian za zniesienie licznych sankcji gospodarczych […]. Stany Zjednoczone mogą też wywierać potężny wpływ na Izrael […] Mogłyby zagrozić odcięciem Izraela od wszelkiej pomocy materialnej i dyplomatycznej. Gdyby to nie wystarczyło, bez trudu mogłyby zdobyć międzynarodowe poparcie dla izolacji Izraela, podobnie jak miało to miejsce w sprawie RPA pod koniec ostatniego stulecia”[11]. Amerykanie nic jednak nie robią, aby powstrzymać atomowe ambicje Izraelczyków i poddać międzynarodowej kontroli ich programy BMR. Dlatego nie może nas dziwić, że „irańscy przywódcy mogą uważać, że skoro państwo żydowskie posiada broń odstraszającą, to Teheran także powinien mieć do niej dostęp”. Tym bardziej jest to zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę, że USA nie tylko chronią izraelski potencjał nuklearny, ale także wspierają atomowe ambicje Arabii Saudyjskiej, co w oczywisty sposób nie sprzyja polityce nierozprzestrzeniania broni jądrowej na Bliskim Wschodzie. W kwietniu 2019 r. brytyjski dziennik „The Guardian” ujawnił, że w okolicach Rijadu w instytucie badawczym króla Abdulaziza trwają prace końcowe przy budowie pierwszego reaktora atomowego. Podkreślono też, że „saudyjskie władze jak dotąd nie przejawiały gotowości do przyjęcia zabezpieczeń uniemożliwiających stworzenie bomby atomowej”. Informacje o szybkich postępach saudyjskiego programu atomowego wyciekły do opinii publicznej przy okazji śledztwa prowadzonego w Kongresie USA, dotyczącego możliwości sprzedaży technologii nuklearnej Rijadowi przez administrację prezydenta Trumpa, co podobno miało się odbyć bez wymaganej zgody Kongresu[12]. Dlatego trudno się dziwić, że władze irańskie oskarżyły „USA o hipokryzję w związku z próbą zniszczenia irańskiego programu nuklearnego, przy jednoczesnej chęci sprzedaży technologii nuklearnej Arabii Saudyjskiej”[13]. Jednocześnie prezydent Rowhani zapewnił, że „Iran pozostanie stroną porozumienia nuklearnego pomimo wycofania się USA” oraz zapowiedział, że jest otwarty „na negocjacje z innymi światowymi mocarstwami w sprawie utrzymania porozumienia”[14]. Widać więc, że Teheran wykazuje dobrą wolę, aby rozwiązać problemy związane ze swoim programem jądrowym, a to co faktycznie przeszkadza w osiągnięciu porozumienia, to jest polityka podwójnych standardów stosowana przez administrację amerykańską na Bliskim Wschodzie. Gdyby prezydent Trump zechciał zrewidować dotychczasowe podejście do kwestii irańskiej i odrzucił rady swojego „przyjaciela” Netanjahu, to wtedy można by uspokoić sytuację w tamtym regionie. Jak bowiem słusznie zauważyli Mearsheimer i Walt: „Jeśli Stany Zjednoczone mogły żyć obok wyposażonego w broń atomową Związku Sowieckiego czy Chin, których byli przywódcy należeli do największych masowych morderców znanych światu, i jeśli mogą tolerować atomowy Pakistan, jeśli popierają atomowe Indie, to mogą też żyć (co prawda niechętnie) obok nuklearnego Iranu”.

Kolejnym zarzutem wysuwanym wobec Persów przez administrację amerykańską i Izrael jest wspieranie przez nich ugrupowań terrorystycznych w Iraku, Syrii, Libanie i Jemenie. I trudno byłoby zaprzeczyć, że pieniądze, sprzęt i specjaliści irańscy, którzy kierowani są w najbardziej zapalne punkty Bliskiego Wschodu, nie przyczyniają się do eskalacji trwających tam konfliktów. Jednak należy zauważyć, że Iran, będący od wielu lat na celowniku najpotężniejszego mocarstwa, które dokonało inwazji na dwa sąsiadujące z nim państwa i w dodatku zaliczyło Teheran do tzw. osi zła, ma prawo by się bronić. Dlatego właśnie Mearsheimer i Walt uznali, że „pomoc udzielana Hezbollahowi, a także wspieranie sprawy palestyńskiej pozwala na pozyskanie zwolenników w państwach arabskich i utrudnia zawiązanie koalicji wymierzonej w Iran”. I jest to tym bardziej zrozumiałe, gdy weźmiemy pod uwagę, że administracja amerykańska od wielu lat wspiera organizacje irańskich uchodźców, których działalność zmierza do obalenia obecnych władz Iranu. Przykładem mogą być Ludowi Mudżahedini (OBL), którzy są jedną z najbardziej radykalnych grup opozycji irańskiej, przez wiele lat uznawaną na Zachodzie i w USA za organizację terrorystyczną. Mudżahedini byli jednym z ugrupowań, które w czasie rewolucji irańskiej w 1979 r. obaliły autorytarne rządy szacha Rezy Pahlawiego. Jednak po przejęciu kontroli nad państwem przez ajatollaha Chomeiniego znaleźli się w opozycji do jego rządów. Wyznawali wtedy ideologię łączącą szyicki islam z marksizmem i posługiwali się w walce metodami terrorystycznymi, dokonując wielu zamachów bombowych i zabójstw, w tym także na obywatelach amerykańskich. Podczas wojny irańsko-irackiej sprzymierzyli się z Saddamem Husajnem, który przez wiele lat zapewniał im schronienie i bazę dla operacji wymierzonych w Iran[15]. Pojawili się oni ostatnio w dość pokaźnej liczbie podczas konferencji bliskowschodniej w Warszawie, gdzie zorganizowali wiec, który miał zademonstrować siłę opozycji irańskiej i stworzyć wrażenie, że uczestnicy szczytu mają poparcie „ludu” irańskiego. Podczas tego wiecu przemawiał Rudy Giuliani dawny burmistrz Nowego Jorku i osobisty prawnik prezydenta Trumpa, który określił teherańskie władze mianem „maniakalnych religijnych fanatyków” i największych na świecie sponsorów terroryzmu oraz nawoływał do ich obalenia. Na wcześniejszych zgromadzeniach organizowanych przez ten ruch przemawiał także John Bolton, który jest doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego w obecnej administracji USA i jednym z największych antyirańskich jastrzębi[16].

Iran od dłuższego czasu jest także celem ataków organizowanych przez terrorystów sunnickich, którzy 13 lutego 2019 r. w pobliżu granicy irańsko-pakistańskiej dokonali samobójczego zamachu bombowego na autobus przewożący żołnierzy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, w wyniku którego zginęło kilkadziesiąt osób. Odpowiedzialność za ten atak wzięła na siebie zbrojna grupa Jaish al-Adl, o której sponsorowanie władze irańskie od 2012 r. oskarżają Arabię Saudyjską[17]. Można oczywiście uznać, że Irańczycy zasłużyli sobie na to, aby doświadczyć skutków terroryzmu, który także wspierają, bowiem jak głosi stare powiedzenie „kto mieczem wojuje, [ten] od miecza ginie”. Ale byłoby szczytem hipokryzji, gdybyśmy uznali, że im się to należało, bo zostali zaliczeni w poczet „złych charakterów”, natomiast inni hojni sponsorzy ekstremistów mogą się cieszyć spokojem i życiem w przepychu, ponieważ objęci są protektoratem amerykańskim. Marcin Krzyżanowski były ambasador RP w Afganistanie stwierdził: „Tajemnicą poliszynela jest, że Arabia Saudyjska i Katar wspierają ugrupowania sunnickie uważane za terrorystyczne, przede wszystkim Jabhat al-Nusra i współtworzony przez to ugrupowanie sojusz Jaish al-Fatah, który ma szerokie powiązania z Al-Kaidą. Ma to związek z tym, że Arabia Saudyjska i Katar za wszelką cenę chciały osłabić wpływy Iranu oraz Rosji w tym regionie. Aby tego dokonać trzeba było obalić rząd prezydenta Baszara al-Asada. Za wszelką cenę, czyli sprzymierzając się z ugrupowaniami typu Państwo Islamskie czy Jabhat al-Nusra. Do tej pory nie przyniosło to rezultatu, ale nie poddają się”[18]. Trzeba także przypomnieć, że wróg nr 1 prezydenta Busha, czyli Osama bin Laden był Saudyjczykiem, tak samo jak 15 spośród 19 terrorystów, którzy 11 września 2001 r. dokonali zamachów w USA. Arabia Saudyjska jest również głównym sponsorem salafickiego wahhabizmu, który motywuje ideologicznie wielu dżihadystów. „Tylko pod rządami króla Fahda (1982–2005) na promocję islamu wahhabickiego wydano 75 mld dolarów. Środki te zostały przeznaczone na stworzenie 200 uniwersytetów i 210 centrów islamskich, 1500 meczetów, 2000 szkół dla dzieci muzułmańskich, w krajach islamskich i poza nimi”[19]. Fakt, że Arabia Saudyjska jest głównym zagranicznym promotorem islamistycznego ekstremizmu potwierdza także raport brytyjskiego Home Office, którego przygotowanie zlecił w 2015 r. premier David Cameron. „Autorzy raportu twierdzą, że wiele fundacji i osób prywatnych z Arabii Saudyjskiej było bardzo zaangażowanych w eksportowanie na teren Wielkiej Brytanii radykalnego wahhabizmu. Ponadto wiele instytucji, które otrzymywały wsparcie finansowe od Arabii Saudyjskiej, było bezpośrednio stamtąd zarządzanych”[20]. Witold Repetowicz, dziennikarz i analityk specjalizujący się w tematyce bliskowschodniej, zauważył, że: „Arabia Saudyjska mimo położenia w pobliżu krajów generujących uchodźców, a także posiadania dużych środków pieniężnych, w ogóle ich nie przyjmuje. Jest to tym bardziej znamienne, że większość tych uchodźców to muzułmanie. W konsekwencji, zamiast do Arabii Saudyjskiej uchodźcy (a także imigranci zarobkowi, których sytuacja w KAS przypomina niewolnictwo) kierują się do Europy. Saudowie jednak wydają ogromne pieniądze na inicjatywy pozornie stanowiące „pomoc humanitarną”. Taka polityka nie wynika z zerowej empatii wobec uchodźców, lecz z chęci ich wykorzystania do eksportu salafizmu i zmiany oblicza islamu. Trwa to już od kilku dekad. Saudyjskie i katarskie pieniądze […] wspierają tysiące szkół koranicznych w Afryce. W rezultacie trudno się dziwić tendencjom wprowadzania szariatu w wielu krajach afrykańskich, czy też otwartemu wyrażaniu sympatii do Al Kaidy […]. Ani KAS ani żaden inny naftowy, sunnicki kraj Półwyspu Arabskiego nie przyjął żadnych uchodźców z Syrii czy Iraku, jednak przekazuje pieniądze na pomoc im np. w Libanie. Środki te trafiają w ręce lokalnych, sunnickich imamów i warunkiem ich otrzymania jest posłanie dzieci do szkół koranicznych, gdzie następuje ich indoktrynacja ideologią wahhabicko-salaficką. Owoce tej polityki zostaną zebrane za kilka lub kilkanaście lat, zmieniając całkowicie religijność muzułmańską na Bliskim Wschodzie i produkując tysiące potencjalnych terrorystów. Podobne procesy zachodzą od kilku dekad w Europie, a od kilkunastu lat również w Polsce”[21]. Dobrym podsumowaniem tego wątku może być refleksja, którą Donald Trump podzielił się z czytelnikami w swojej książce „Time to Get Tough: Making America #1 Again” wydanej w 2011 r. Stwierdził wtedy, że królestwo Saudów „jest największym sponsorem terroryzmu na świecie. Arabia Saudyjska kieruje nasze petrodolary, nasze własne pieniądze do terrorystów, którzy chcą zabijać naszych rodaków”[22]. Słowa wypowiedziane przez przyszłego prezydenta USA oraz przytoczone liczne dowody świadczące o udziale Saudyjczyków we wspieraniu terroryzmu, a także ohydny mord na Jamalu Khashoggim i działania podejmowane przez administrację amerykańską w celu ukrycia tych faktów, pozbawiają Amerykanów moralnego prawa, aby innych piętnować za stosowanie podobnych metod.

Jeszcze gorzej przedstawia się kwestia zarzutu dotyczącego łamania podstawowych praw człowieka przez reżim irański. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę rozmiar barbarzyństwa panującego w Arabii Saudyjskiej, która jest przecież bardzo cenionym przez Stany Zjednoczone sojusznikiem, to każdy uczciwy człowiek musi przyznać, że w tym kontekście potępianie jedynie Iranu jest wielkim nadużyciem. Nie mam zamiaru w żaden sposób rozgrzeszać nieprawości popełnianych przez reżim w Teheranie, ale tym bardziej nie kupuję argumentów „humanitarnych”, które zdaniem administracji amerykańskiej mają przemawiać za tym, żeby ukarać Iran, a być może zachęcić nas również do wysłania polskich żołnierzy na kolejną niepotrzebną wojnę. Jest wystarczająco dużo dowodów na to, że Arabia Saudyjska nie zasługuje na wsparcie i szacunek cywilizowanego świata, jak również nie jest godna tego, aby ginąć za jej brudne interesy. Życie w królestwie Saudów jest lekkie i przyjemne tylko dla grup uprzywilejowanych, a większość społeczeństwa żyje w opresyjnych warunkach systemu opierającego się na brutalnym prawie szariatu, które ukształtowało to państwo na wzór średniowiecznych monarchii feudalnych, jakie w cywilizacji zachodniej już dawno odeszły w mroki zapomnienia. Kobiety saudyjskie są dyskryminowane, bo nie mogą same decydować o swoim ubiorze, ani samodzielnie podróżować, a do niedawna zakazywano im nawet prowadzenia samochodu. W wielu miejscach i instytucjach publicznych obowiązuje segregacja według płci, a dopiero w 2015 r. pozwolono Saudyjkom głosować w wyborach lokalnych, które są zarazem jedyną namiastką systemu demokratycznego w państwie saudyjskim. W 2018 r. zezwolono łaskawie, aby kobiety mogły oglądać zawody sportowe, ale na trybunach mogły zająć miejsca tylko w „sekcji rodzinnej”. O kwestii równouprawnienia osób innej orientacji seksualnej, tak bardzo promowanej na Zachodzie, nie ma w ogóle mowy, a wręcz przeciwnie są one prześladowane, bo za uprawianie stosunków homoseksualnych grozi więzienie lub kara śmierci. W jeszcze gorszym położeniu znajdują się mniejszości etniczne i religijne, bowiem prawo saudyjskie nie zapewnia wolności wyznania. W Arabii Saudyjskiej działa Komisja ds. promocji cnoty i zapobiegania występkom (Mutawwa) odpowiedzialna za walkę z innymi religiami, również z sufizmem i szyizmem. Przestępstwa przeciwko islamowi sunnickiemu karze się chłostą, obcinaniem kończyn lub egzekucją, a kara śmierci grozi osobom, które dokonały aktu apostazji lub skrytykowały wiarę islamską. Zdecydowana większość Saudyjczyków wyznaje islam (75–85% sunnizm, 15–25% szyizm), jednak mieszka w tym kraju także ponad milion chrześcijan, przeważnie pracowników zagranicznych, ale także rodzimych konwertytów. Zezwala się im na praktykowanie swojej wiary, lecz tylko w prywatnych pomieszczeniach, choć często zdarza się, że policja religijna przeprowadza naloty na ich domy. Obcokrajowcom głoszącym wiarę chrześcijańską grozi deportacja, zakazane jest także posiadanie dewocjonaliów innych niż islamskie oraz biblii. Zdarza się też nierzadko, że imigrantów zarobkowych zmusza się do przyjęcia mahometanizmu. Saudowie prześladują także mniejszość szyicką, co ma związek ze zwalczaniem przez nich wpływów irańskich. Przykładem tego jest skazanie na karę śmierci szyickiego duchownego Nimra Bakira an-Nimra, który za krytykę władzy został ścięty podczas publicznej egzekucji. Wywołało to wielkie oburzenie nie tylko w państwach muzułmańskich i doprowadziło do zerwania stosunków dyplomatycznych z Iranem[23]. Jakby tego było mało, to skazano na śmierć również niepełnoletniego bratanka szejka an-Nimra, któremu zarzucono, że podczas Arabskiej Wiosny w latach 2011–2012 „zachęcał do protestów prodemokratycznych” za pomocą Internetu. Wyrok zapadł w 2015 r. na podstawie zeznań wymuszonych torturami podczas śledztwa i w sfingowanym procesie. Alego Bakira an-Nimra skazano na karę śmierci przez dekapitację i ukrzyżowanie, a „po jego śmierci ciało ma zostać wystawione publicznie bez głowy na krucyfiksie, do czasu, gdy zgnije”[24]. Stosowanie barbarzyńskich metod egzekucji stało się powszechną praktyką w państwie saudyjskim, bowiem w latach 1985–2013 stracono w ten sposób ponad 2000 skazańców, będących w znacznej liczbie przeciwnikami politycznymi reżimu saudyjskiego. W Arabii Saudyjskiej nie istnieje też wolność w zakresie głoszenia swoich przekonań, panuje tam wszechobecna cenzura i inwigilacja oraz kontrola Internetu i prywatnej korespondencji. Przekonał się o tym między innymi Raif Badawi, który za stworzenie portalu internetowego Free Saudi Liberals, gdzie można było wymieniać poglądy polityczne i religijne, został skazany na karę 10 lat więzienia i 1000 batów, bo według władz dopuścił się obrazy islamu. Ale najgłośniejszym przykładem łamania wolności prasy i bezwzględnego tępienia wszelkiej krytyki stał się ostatnio Jamal Khashoggi, którego bestialsko zamordowali siepacze nasłani przez następcę saudyjskiego tronu.

Kolejnym przykładem łamania praw człowieka jest niewątpliwie Izrael, będący „najwierniejszym” i „najcenniejszym” sojusznikiem Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, a najbardziej bulwersującym wydarzeniem ostatnich lat było uchwalenie w 2018 r. przez Kneset ustawy określającej ten kraj, jako „państwo narodu żydowskiego”. Tekst tej ustawy głosi, że „Izrael jest historyczną ojczyzną narodu żydowskiego, który ma wyłączne prawo do narodowego samostanowienia na swym obszarze”. Ustawa uznała również hebrajski za jedyny oficjalny język Izraela, pomimo tego, że wcześniej takim statusem cieszył się też język arabski będący mową ojczystą ok. 17,5% obywateli tego państwa. Aktem tym usankcjonowano także uznanie „całej i zjednoczonej Jerozolimy” za stolicę państwa żydowskiego. Przyjęcie nowego prawa spotkało się z protestami społeczności międzynarodowej oraz opozycji izraelskiej i organizacji arabskich działających na rzecz równouprawnienia, które uznały, że ustawa ta stanowi próbę zwiększenia „etnicznej wyższości poprzez promowanie rasistowskiej polityki”. Arabowie oficjalnie mają takie same prawa w Izraelu jak Żydzi, ale „od dawna skarżą się, że są traktowani jak obywatele drugiej kategorii oraz spotykają się z dyskryminacją i gorszym świadczeniem usług w zakresie edukacji, opieki zdrowotnej czy mieszkalnictwa”. Co prawda premier Netanjahu zapewniał obłudnie, że: „Będziemy nadal zapewniać prawa obywatelskie w demokracji Izraela, ale większość ma również prawa i większość decyduje”[25]. Jednak niedawno ujawnił swoje prawdziwe zamiary wobec mniejszości arabskiej stwierdzając, że: „Izrael nie jest państwem wszystkich swoich obywateli. Zgodnie z przyjętym podstawowym prawem narodowym Izrael to państwo narodowe Żydów – i tylko ich”[26]. W tym kontekście gorliwi obrońcy Izraela, którzy twierdzą, że jest on jedyną ostoją demokracji na Bliskim Wschodzie, powinni zweryfikować swoje poglądy lub zamilknąć, bo nie da się dłużej bronić tych niedorzeczności.

„Demokratyczny status Izraela podkopywany jest [też] przez fakt odmowy utworzenia niezależnego państwa palestyńskiego, a także przeciągające się narzucanie prawnego, administracyjnego i wojskowego reżimu na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, który odmawia Arabom podstawowych praw. Obecnie Izrael kontroluje życie 3,8 mln Palestyńczyków w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu, jednocześnie kolonizując ziemie zamieszkane przez nich od dawna. Izrael oficjalnie wycofał się ze Strefy Gazy latem 2005 r., jednak wciąż sprawuje znaczną kontrolę nad jej mieszkańcami. Kontroluje dostęp do tego regionu drogą powietrzną, morską i lądową, co czyni Palestyńczyków więźniami, którzy mogą migrować tylko za pozwoleniem Izraela”[27]. Dziesięciolecia terroru, dyskryminacji i czystek etnicznych dokonywanych przez Izraelczyków na ludności palestyńskiej zaowocowały ogromem cierpień i długą listą aktów potępiających izraelskie zbrodnie. W 2017 r. ONZ „wydała raport, który oskarża Izrael o budowę reżimu apartheidu i stosowanie dyskryminacji rasowej wobec Palestyńczyków”. Dokument ten zwraca uwagę na to, że „Izrael dokonał fragmentacji Palestyny i prowadzi nielegalną aneksję Wschodniej Jerozolimy oraz Zachodniego Brzegu Jordanu, traktując arabskich mieszkańców jak ludzi drugiego sortu”. Autorzy raportu twierdzą, że przedstawione przez nich dowody jednoznacznie wskazują, że „Izrael stał się państwem apartheidu”[28]. W lutym 2019 r. Rada Praw Człowieka ONZ przedstawiła raport w sprawie zeszłorocznych protestów w Strefie Gazy, które wybuchły po uznaniu przez prezydenta Trumpa Jerozolimy za stolicę państwa żydowskiego. Izrael podejrzewany jest o dokonanie zbrodni wojennych, ponieważ izraelscy żołnierze tłumiąc palestyńskie protesty używali ostrej amunicji zabijając 189 osób i raniąc ponad 6 tys. Demonstranci byli nieuzbrojeni, a wśród ofiar śmiertelnych znalazło się 35 dzieci, dwóch dziennikarzy i trzy osoby z personelu medycznego. W ocenie ONZ warunki życia w Strefie Gazy są tak złe, że miejsce to coraz mniej nadaje się do zamieszkania. Bezrobocie przekroczyło 54%, a 75% mieszkańców ma status uchodźców, którym odmawia się prawa powrotu do ich domów opuszczonych w 1948 i 1967 r., bo izraelscy politycy uważają, że napływ milionów Palestyńczyków „godzi w ojczyznę narodu żydowskiego”[29]. Spustoszenie w gospodarce i infrastrukturze cywilnej spowodowało, że 80% mieszkańców jest zależna od międzynarodowej pomocy żywnościowej. Prześladowanie ludności palestyńskiej przez władze izraelskie spotyka się od dawna z ostrym potępieniem, nawet wśród osób pochodzenia żydowskiego. Norman Finkelstein stwierdził, że: „Izrael nigdy nie miał duszy. Zawsze było to gangsterskie państwo – mówię tak, choć jestem Żydem, a moi rodzice przeszli przez warszawskie getto i obozy hitlerowskie. Izrael nie miał sumienia ani w Gazie, ani w Libanie w 2006 r., ani podczas tłumienia Intifady”[30]. A jaka jest reakcja administracji amerykańskiej na zarzuty stawiane Izraelowi? No cóż, jest ona charakterystyczna dla prezydenta Trumpa, który zawsze bezwarunkowo popiera swojego sojusznika. Dlatego w czerwcu 2018 r. wycofał USA z Rady Praw Człowieka ONZ, jak bowiem stwierdziła ambasador Haley „jest niewarta swojej nazwy”, a zobowiązania wobec Izraela „nie pozwalają im na pozostawanie w pełnej hipokryzji, wyrachowanej organizacji, która jest parodią praw człowieka”. Decyzję tą z entuzjazmem przyjął premier Netanjahu, który oświadczył, że: „Izrael dziękuje prezydentowi Donaldowi Trumpowi, sekretarzowi stanu Mike’owi Pompeo i ambasador USA przy ONZ Nikki Haley za odważną decyzję przeciw hipokryzji i kłamstwom tzw. Rady Praw Człowieka. […] Od wielu lat RPC okazała się być stronniczą, antyizraelską organizacją, która zdradziła swoją misję obrony praw człowieka”[31].

Całkowicie bezkrytyczne poparcie dla Izraela wynika stąd, że dla wielu polityków amerykańskich „rodzaj moralnego usprawiedliwienia stanowi historia cierpienia Żydów na chrześcijańskim Zachodzie, a w szczególności tragiczne doświadczenia holokaustu. Ponieważ Żydzi byli prześladowani przez stulecia i wielu uważa, że mogą czuć się bezpiecznie jedynie w żydowskim kraju, Izrael ma zasługiwać na specjalne traktowanie. Taki pogląd uformował podstawę syjonistycznego programu, odegrał ważną rolę w przekonaniu Stanów Zjednoczonych i innych krajów do poparcia powstania Izraela i utrzymuje się do dziś”[32]. Nikt o zdrowych zmysłach nie odmawia Izraelczykom prawa do obrony, ale trudno zaprzeczyć, że ich problemy z terroryzmem wynikają w głównej mierze z kolonizacji terenów palestyńskich i z odmowy poparcia dla powstania niezależnego państwa palestyńskiego. Słusznie też Mearsheimer i Walt zwrócili uwagę na to, że: „Na dobrą sprawę, terroryzm był jedną z kluczowych taktyk stosowanych przez syjonistów, gdy sami znajdowali się na podobnie niskiej pozycji i próbowali uzyskać własne państwo. To żydowscy terroryści z niesławnego Irguna, wojowniczego ugrupowania syjonistów, wprowadzili w Palestynie nieznaną wcześniej praktykę podkładania bomb w autobusach i tłumach ludzi”. Przyznał to zresztą Icchak Szamir mówiąc, że „ani żydowska etyka, ani żydowska tradycja nie mogły wykluczyć terroryzmu jako sposobu walki”, który jego zdaniem odegrał znaczącą rolę w uzyskaniu państwa żydowskiego. Kontynuatorem tego swoistego kultu przemocy jest premier Netanjahu, który sprawił, że pod jego rządami Izrael stał się „znacznie mniej tolerancyjny i otwarty na debatę niż kiedyś. Netanjahu, chociaż sam jest Żydem aszkenazyjskim, otacza się Żydami sefardyjskimi. To spośród nich rekrutuje się nowa elita, która kładzie nacisk na upowszechnianie odnowionej wizji syjonizmu. […] Obecni przywódcy Izraela […] chcą przekształcić go w radykalne państwo żydowskie, które będzie prześladować wszystkich nie-Żydów”. I niestety mają w tym poparcie swoich żydowskich współobywateli, ponieważ aż „79% Żydów z Izraela domaga się preferencyjnego traktowania swych rodaków, co równoznaczne jest z poparciem dyskryminacji nie-Żydów”[33]. Jeśli natomiast pojawia się wśród izraelskich polityków wola pokojowego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego, to jest najczęściej pacyfikowana przez zwolenników twardego kursu, którzy w skrajnych przypadkach nie wahają się popełnić ohydnej zbrodni. Groźnym memento dla całej klasy politycznej w Izraelu było zastrzelenie 4 listopada 1995 r. podczas wiecu pokojowego premiera Icchaka Rabina, wywodzącego się z Partii Pracy. Jego zabójcą był Jigal Amir – student prawa na religijnym uniwersytecie Bar Ilan w Tel Awiwie i działacz ultranacjonalistycznego obozu fanatyków religijnych, odrzucającego rozmowy pokojowe z Palestyńczykami. „Amir brał udział we wszystkich protestach przeciwko procesowi pokojowemu. W marcu 1994 r. podczas strajku głodowego przeciw porozumieniom w Oslo wygłosił przemówienie, w którym stwierdził: »Peres i Rabin to żmije; obaj powinni zostać zabici. Tylko wówczas, gdy ktoś powstanie i zabije ich, kraj zostanie ocalony. Będą nowe wybory i Bibi [Netanjahu] obejmie władzę«. Znaleźli się nawet rabini, którzy orzekli, że zabójstwo Rabina byłoby aktem samoobrony, gdyż izraelscy sygnatariusze porozumienia z Oslo sprowadzili na Żydów śmiertelne zagrożenie. Rabini powoływali się na zapisaną w prawie religijnym zasadę din rodef, ukarania napastnika: »Jeśli ktoś powstanie, by cię zabić, ty powstań pierwszy i zabij jego«. 5 października 1995 r. Kneset ratyfikował Oslo II. W Jerozolimie odbyła się wtedy kilkudziesięciotysięczna demonstracja protestacyjna, podczas której Netanjahu określił porozumienie jako »akt kapitulacji zagrażający istnieniu państwa«. Dwa tygodnie później grupa kabalistów odprawiła przed domem Rabina w Tel Awiwie ceremonię Pulsa deNura, w której wypowiadane jest przekleństwo skazujące na śmierć. Wywiad szacował, że ok. 800 obywateli Izraela gotowych było w imię powstrzymania procesu pokojowego posunąć się aż do morderstwa. […] Amir w sądzie wyjaśnił, że zgodnie z Halachą, gdy Żyd »zostawia ludzi i ziemię wrogowi, jak [to] zrobił Rabin, musi zostać zabity. Studiowałem Halacha całe moje życie. Kiedy w niego wymierzyłem to tak gdybym strzelał do terrorysty« i dodał, że to co zrobił zrobione zostało w imię jego ludzi, ziemi i Tory”[34]. A jak bardzo zakorzenione są wśród wielu Izraelczyków skrajne poglądy i nienawiść do nie-Żydów może zaświadczyć postawa Hagai Amira – brata zabójcy izraelskiego premiera, który wychodząc „na wolność po odsiedzeniu 16 lat w więzieniu za współudział w tamtej zbrodni” oświadczył: „Niczego nie żałuję. Jestem dumny z tego, co zrobiłem”[35]. Dlatego dobrym podsumowaniem fanatyzmu, jaki zawładnął większością Izraelczyków mogą być słowa prof. Finkelsteina, który w 2009 r. stwierdził: „Wydaje mi się, że Izrael […] jest w stanie szaleństwa, jest państwem obłąkanym. I musimy być uczciwi w stwierdzaniu tego. Gdy reszta świata pragnie pokoju, gdy Europa pragnie pokoju, gdy Stany Zjednoczone pragną pokoju – ten kraj pragnie jedynie wojny, wojny i wojny. W pierwszym tygodniu masakry, dochodziły z izraelskiej prasy doniesienia o tym, że Izrael nie chce wycofać swoich sił lądowych, ponieważ przygotowuje się do napaści na Iran. Potem mieliśmy doniesienia, że planuje atak na Liban. To jest kraj w stanie szaleństwa”.

Na koniec wypada się rozprawić z „koronnym” zarzutem stawianym władzom z Teheranu, które oskarżane są o szczególnie zajadły antysemityzm i dążenie do zagłady Żydów na Bliskim Wschodzie. I jakkolwiek trudno byłoby zaprzeczyć, że „naród wybrany” nie jest darzony nadmierną sympatią przez Irańczyków, to jednak trzeba podkreślić, że nie jest to postawa odosobniona, bowiem we wszystkich krajach muzułmańskich panuje podobne nastawienie do Izraela. Iran nie jest więc szczególnym przypadkiem dotkniętym „chorobą antysemityzmu”, która ma poważne podstawy wynikające w dużej mierze z dotychczasowej rozbójniczej polityki państwa żydowskiego. Izrael zaś wykorzystuje instrumentalnie holokaust do realizacji celów politycznych, oskarżając swoich wrogów o chęć jego powtórzenia i szantażując USA wizją nowej zagłady, co skutecznie mobilizuje amerykańskich polityków do popierania izraelskich dążeń. Wyjaśnił to znakomicie Norman Finkelstein, który stwierdził, że: „Jest taki człowiek, który to wszystko wymyślił. Słynny noblista Elie Wiesel. Przed amerykańskim atakiem na Irak w marcu 2003 r. ten człowiek wybrał się do Białego Domu. Powiedział Bushowi, że należy jak najszybciej rozwalić Irak, aby powstrzymać Saddama Husajna – »nowego Hitlera«. Bush przyznał potem, że to, co powiedział mu Wiesel, pomogło mu w podjęciu decyzji. Teraz »Pan Wypożyczę Holokaust« nawołuje do zniszczenia kolejnego kraju, który może się stać »nową III Rzeszą« i dokonać »drugiego holokaustu«. Tym razem padło na Iran”[36]. I jak bardzo są to fałszywe argumenty niech świadczy także to, że: „Nie ma bardziej antysemickiego rządu niż saudyjski, a przecież to sojusznik USA i właściwie sojusznik Izraela. USA w sumie z czcią odnoszą się do swojego saudyjskiego partnera. Jared Kushner, zięć prezydenta Trumpa i jego doradca, który jest nowoczesnym ortodoksyjnym Żydem nie ma żadnych problemów, żeby ucinać sobie pogawędki czy przemawiać wspólnie z Saudyjczykami. USA i Izrael wspólnie współpracują z najbardziej antysemickim reżimem na świecie” [37].

Myślę, że w dostatecznym stopniu udowodniłem fałszywość argumentów, którymi posługują się politycy amerykańscy i izraelscy, twierdzący, że są one wystarczającym powodem do inwazji na Iran. Widać też, że poszukują oni pretekstu do konfrontacji zbrojnej, co zasugerował niedawno szef dyplomacji irańskiej Javad Zarif, który stwierdził, że prawdopodobnie Donald Trump „nie chce wojny, ale to nie wyklucza, że zostanie w nią po prostu wciągnięty”. Zdaniem Zarifa w wojnę z Teheranem może Trumpa wciągnąć »drużyna B« – w skład której wchodzi doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa John Bolton i premier Izraela Benjamin Netanjahu”, bo to oni są odpowiedzialni za politykę bliskowschodnią i nie chcą negocjować z Iranem. Dlatego mogą „zaplanować incydent, który wywoła szerszy kryzys”[38], co jest tym bardziej prawdopodobne, gdy weźmiemy pod uwagę oświadczenie Mike’a Pompeo, który „wyraził opinię, że USA do ataku na Iran nie potrzebują zgody Kongresu. Wystarczającą podstawą do takiego ataku byłoby specjalne zezwolenie na użycie sił wojskowych z 2001 r., które zaordynowano jeszcze po zamachu z 11 września na World Trade Center”[39]. Dogodnym casus belli mogłoby być zablokowanie przez Iran cieśniny Ormuz mającej strategiczne znaczenie dla transportu ropy naftowej lub zaatakowanie amerykańskich oddziałów wojskowych stacjonujących w regionie. Prawdopodobieństwo takich zdarzeń w ostatnim czasie znacznie się zwiększyło, ponieważ „Waszyngton zapowiada doprowadzenie do całkowitego wstrzymania eksportu irańskiej ropy, by zmusić Teheran do zaniechania programu rakietowego oraz ograniczenia jego wpływów na Bliskim Wschodzie”[40]. Na co zareagował irański generał Alireza Tangsiri, który oświadczył, że: „Zgodnie z prawem międzynarodowym cieśnina Ormuz to szlak morski i jeśli nie będziemy mogli z niego korzystać, to go zamkniemy. W razie zagrożenia nie zawahamy się nawet przez chwilę przed ochroną i obroną wód irańskich”[41]. Kolejnym pretekstem może być starcie zbrojne pomiędzy oddziałami irańskimi i amerykańskimi, które może być przypadkowe, ale równie dobrze może być celowo sprowokowane. Będzie to tym łatwiejsze, ponieważ „Departamentu Stanu USA wpisał irańskie siły zbrojne – Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej na listę organizacji terrorystycznych”. Parlament irański odpowiedział zaś ustawą, która uznała „amerykańskich żołnierzy stacjonujących na Bliskim Wschodzie za terrorystów, a rząd Stanów Zjednoczonych za sponsora terroryzmu”[42]. O tym, że administracja amerykańska zmierza do konfrontacji zbrojnej może również świadczyć wysłanie do Kataru bombowców strategicznych B-52[43] oraz skierowanie na Bliski Wschód grupy uderzeniowej okrętów wojennych z lotniskowcem „Abraham Lincoln”, co zdaniem Johna Boltona ma być jasnym sygnałem dla Teheranu, że „jakikolwiek atak na interesy Stanów Zjednoczonych lub ich sojuszników spotka się z bezlitosną siłą”. Oznajmił on również, że „Stany Zjednoczone nie dążą do wojny z Iranem, ale jesteśmy w pełni przygotowani, aby odpowiedzieć na każdy atak, czy to dokonany przez pośredników, Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, czy przez regularną armię irańską”[44]. I jakby na zamówienie 13 maja 2019 r., zaledwie kilka dni po ostrzeżeniu o możliwym ataku terrorystycznym wydanym przez Rządową Administrację Morską USA (US MARAD), która alarmowała, że „Iran może próbować zakłócać handel morski w regionie”, nieujawnieni sprawcy zaatakowali dwa tankowce saudyjskie w pobliżu wybrzeży ZEA[45]. Natomiast we wtorek 14 maja saudyjski minister energetyki Chalid al-Falih poinformował, że „dwie przepompownie ropy naftowej obsługujące rurociąg Wschód-Zachód zostały zaatakowane przez drony załadowane materiałami wybuchowymi. Do ataków przyznali się jemeńscy rebelianci Huti”. Określił ten „atak aktem terroryzmu wymierzonym w globalne dostawy ropy” oraz stwierdził, że „konieczne jest przeciwdziałanie ugrupowaniom terrorystycznym stojącym za takimi niszczycielskimi atakami, łącznie ze wspieranymi przez Iran szyickimi rebeliantami Huti”[46]. Widać więc, że ktoś usilnie zabiega o stworzenie dogodnego pretekstu do wywołania wojny, a tymczasem Mike Pompeo objeżdża Bliski Wschód[47] i Europę[48] szukając poparcia dla planów wojennych prezydenta Trumpa, który podobno zamierza wysłać w rejon Zatoki Perskiej dodatkowych 120 tys. amerykańskich żołnierzy[49].

W związku z narastającym napięciem pomiędzy stronami konfliktu wystarczy niewielka iskra, aby doprowadzić do wybuchu wojny, zwłaszcza, że nie brakuje podżegaczy wojennych, którzy zachęcają USA do ataku na Iran. Należą do tego grona „dwaj najwięksi donatorzy Trumpa – Sheldon Adelson i Bernard Marcus. Obaj są członkami zarządu Likudist Republican Jewish Coalition. Obaj też domagali się od Trumpa zerwania umowy z Iranem, uznania Jerozolimy za stolicę Izraela i rezygnacji z określenia Zachodniego Brzegu i Wschodniej Jerozolimy za tereny okupowane przez Izrael. Adelson ze swojej strony opowiadał się nawet za wystrzeleniem broni nuklearnej przeciwko Iranowi jako »taktyki negocjacyjnej«, grożąc stolicy Iranu zniszczeniem. Równie krytyczny  i wojowniczy wobec Iranu jest współzałożyciel Home Depot, Bernard Marcus, który uznał Iran za »diabła«”[50]. Motywuje ich do tego premier Netanjahu, który podczas wystąpienia w Monachium powiedział: „Izrael nie pozwoli, żeby reżim [irański] założył nam na szyję pętlę terroru. Jeśli będzie taka potrzeba, podejmiemy akcję nie tylko przeciw wspieranym przez Iran siłom, ale także przeciw samemu Iranowi”. Nie widać też na razie dobrej woli, aby można było rozwiązać ten spór na drodze pokojowych negocjacji, bowiem prezydent Trump cały czas zwiększa presję na Iran i jednocześnie stawia nowe warunki, które Teheran powinien jego zdaniem zrealizować. Pomimo tego, że Irańczycy zastosowali się do porozumienia z 2015 r. i ograniczyli swój program atomowy, to Amerykanie żądają teraz nowej umowy, która ma obejmować zatrzymanie programu budowy balistycznych pocisków rakietowych i powstrzymanie irańskiego zaangażowania militarnego w całym regionie. „Teheran twierdzi, że rozwija technikę rakietową wyłącznie w celach obronnych, do czego ma prawo, a ponadto konstrukcja jego pocisków balistycznych wyklucza instalowanie w nich głowic jądrowych”, ale administracja amerykańska jest głucha na te argumenty, ponieważ słucha podszeptów „wypróbowanego przyjaciela” Netanjahu. Poza tym Trump, który zdaniem Michaela Wolffa cierpi na „brak zrozumienia dla zależności przyczynowo-skutkowych”, najwyraźniej nie rozumie całej złożoności stosunków panujących na Bliskim Wschodzie. Potwierdza to opinia byłego amerykańskiego dyplomaty Jamesa Dobbinsa, który współpracował w Afganistanie z Irańczykami i uznał decyzję o zerwaniu porozumienia jądrowego za bardzo złą oraz porównał ją do tej dotyczącej inwazji USA na Irak w 2003 r. Jego zdaniem „decyzja ta izoluje Stany Zjednoczone, uwalnia Iran, unieważnia amerykańskie zaangażowanie, zwiększa ryzyko wojny handlowej z sojusznikami Ameryki i gorącej wojny z Iranem, a także zmniejsza szanse na wyeliminowanie zagrożenia nuklearnego ze strony Korei Północnej”[51].

Wojciech Podjacki

 

[1] https://www.defence24.pl/premier-izraela-moj-kraj-jest-gotowy-do-dzialania-przeciw-iranowi

[2] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/netanjahu-iran-klamal-rozwijal-w-tajemnicy-program-nuklearny,833691.html

[3] https://wiadomosci.onet.pl/swiat/donald-trump-oglosil-ze-wycofa-usa-z-porozumienia-nuklearnego-z-iranem/4pj9mw1

[4] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/trump-o-iranie-morderczy-rezim-pompeo-decyzji-jeszcze-nie-ma,833109.html

[5] https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/swiat/1747404,1,izrael-i-usa-zaczynaja-ofensywe-przeciw-teheranowi-bedzie-z-tego-wojna.read

[6] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/maea-iran-przestrzega-ustalen-paktu-nuklearnego,912133.html

[7] J. J. Mearsheimer, S. M. Walt, Izraelskie lobby w USA, Warszawa 2011, s. 92–93.

[8] https://www.rp.pl/Polityka/180839952-Netanjahu-grozi-Iranowi-uzyciem-broni-jadrowej.html

[9] J. J. Mearsheimer, S. M. Walt, dz. cyt., s. 92–93.

[10] Tamże, s. 320.

[11] Tamże, s. 257–258.

[12] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/arabia-saudyjska-media-reaktor-nuklearny-bliski-ukonczenia,924511.html

[13] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/iran-oskarza-regionalne-mocarstwa-o-podejrzane-projekty-nuklearne,918021.html

[14] https://wiadomosci.onet.pl/swiat/donald-trump-oglosil-ze-wycofa-usa-z-porozumienia-nuklearnego-z-iranem/4pj9mw1

[15]https://www.academia.edu/35594207/Od_rewolucjonistów_do_kondotierów._Wzlot_i_upadek_Mudżahedinów_Ludowych

[16] https://wiadomosci.wp.pl/ludowi-mudzahedini-w-warszawie-kim-sa-protestujacy-iranczycy-6349366332397697a

[17] https://www.wprost.pl/swiat/10191029/krwawy-zamach-terrorystyczny-w-iranie-tamtejsze-msz-wiaze-go-z-konferencja-w-polsce.html

[18] http://www.radiomaryja.pl/informacje/eksperci-katar-arabia-saudyjska-wspomagaja-terrorystow/

[19] https://pl.wikipedia.org/wiki/Wahhabizm

[20] https://www.rp.pl/Terroryzm/170709624-Raport-Home-Office-Arabia-Saudyjska-finansuje-ekstremistyczne-organizacje-w-Wielkiej-Brytanii.html

[21] https://www.defence24.pl/terroryzm-i-salafizm-wyzwania-dla-polski-tu-i-teraz

[22] https://kresy.pl/wydarzenia/newsweek-dlaczego-trump-uzna-arabii-saudyjskiej-panstwo-sponsorujace-terroryzm/

[23] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/nimr-al-nimr-sciety-reakcje-iranu-i-szyitow-w-regionie,607522.html

[24] https://www.wprost.pl/swiat/521489/arabia-saudyjska-walczy-o-prawa-czlowieka-w-onz-ale-zetnie-i-ukrzyzuje-20-latka.html

[25] https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1181765,ustawa-o-izraelu-jako-panstwie-zydowskim.html

[26] https://www.tvp.info/41691540/netanjahu-izrael-nie-jest-panstwem-wszystkich-swoich-obywateli

[27] J. J. Mearsheimer, S. M. Walt, dz. cyt., s. 112.

[28] https://wolnemedia.net/raport-onz-uznaje-izrael-za-panstwo-rasistowskie/

[29] https://zagner.blog.polityka.pl/2019/02/28/izrael-podejrzewany-jest-o-zbrodnie-wojenne-w-gazie/

[30] https://www.newsweek.pl/swiat/finkelstein-izrael-nigdy-nie-mial-duszy/b9zdlk5

[31] https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1142659,usa-wycofuje-sie-z-rady-praw-czlowieka-onz.html

[32] J. J. Mearsheimer, S. M. Walt, dz. cyt., s. 113.

[33] https://www.pch24.pl/70-lat-panstwa-izrael–co-sie-dzieje-na-bliskim-wschodzie-,60294,i.html

[34] http://www.izrael.badacz.org/historia/autonomia_zabicie_rabina.html

[35] https://www.wprost.pl/swiat/320319/morderca-premiera-izraela-jestem-dumny-z-tego-co-zrobilem.html

[36] https://dorzeczy.pl/54549/Nie-wolno-zarabiac-na-Holokauscie.html

[37] https://wpolityce.pl/polityka/382435-nasz-wywiad-prof-norman-finkelstein-izrael-wykorzystuje-zmiany-w-polskim-prawie-aby-po-raz-kolejny-zagrac-karta-holokaustu?strona=1

[38] https://www.rp.pl/Polityka/190429711-Szef-MSZ-Iranu-Javad-Zarif-Izrael-moze-wciagnac-Trumpa-w-wojne-z-Iranem.html

[39] https://nczas.com/2019/04/19/swiat-na-krawedzi-wojny-usa-moga-zaatakowac-iran-nawet-bez-zgody-kongresu/

[40] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/iran-doradca-chamaneia-nie-zwiekszymy-zasiegu-naszych-rakiet,904740.html

[41] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/usa-blokuja-eksport-ropy-iran-grozi-blokada-ciesniny-ormuz,929644.html

[42] https://wiadomosci.wp.pl/kontrowersyjna-ustawa-w-iranie-uznano-armie-usa-za-terrorystow-6376178253211777a

[43] https://wiadomosci.wp.pl/bombowce-usa-wyladowaly-w-katarze-jest-zagrozenie-ze-strony-iranu-6379426885564033a

[44] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/usa-skierowaly-okrety-wojenne-i-bombowce-na-bliski-wschod,933008.html

[45] https://www.rmf24.pl/fakty/swiat/news-arabia-saudyjska-dwa-tankowce-uszkodzone-podczas-ataku-sabot,nId,2987953

[46] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/arabia-saudyjska-atak-dronow-na-przepompownie-ropy-naftowej,935688.html

[47] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/mike-pompeo-z-niespodziewana-wizyta-w-bagdadzie,933690.html

[48] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/bruksela-mike-pompeo-spotkal-sie-z-federica-mogherini-i-przedstawicielami-nato,935319.html

[49] https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/nyt-usa-wysla-120-tysiecy-zolnierzy-na-bliski-wschod-trump-zaprzecza,935558.html

[50] https://www.pch24.pl/donald-trump–iran-i-lobby-zydowskie–co-naprawde-kieruje-geostrategia-usa-,60156,i.html

[51] Tamże.

0

W związku z 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości.

OŚWIADCZENIE

w związku z 100. rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości.

W 2018 roku obchodzimy 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, co powinno być okazją nie tylko do świętowania tego wiekopomnego wydarzenia, ale przede wszystkim powodem do refleksji nad obecnym stanem Rzeczypospolitej. Droga, którą przebyliśmy od upadku naszej państwowości w XVIII wieku, aż do powrotu Państwa Polskiego na mapę Europy w 1918 roku jest dość dobrze znana i opisana. Dlatego w niniejszym oświadczeniu chcemy się skupić na tym, jak Polacy wykorzystali odzyskaną wolność, a także omówić aktualną sytuację Polski.

Kiedy 100 lat temu nasi przodkowie odbudowywali Państwo Polskie po ponad wiekowej niewoli, w czasie której było ono rozdarte między trzech zaborców, wspólnie czuwających nad tym, aby się nigdy nie odrodziło, to wtedy naród polski stanął przed ogromnym wyzwaniem. Polacy musieli wielkim wysiłkiem i poświęceniem odbudować swój kraj zniszczony przez działania wojenne i rabunkową eksploatację okupantów. Musieli zmagać się z antypolskimi intrygami na forum międzynarodowym oraz wrogimi działaniami mniejszości narodowych i komunistów dążących do wywołania rewolucji bolszewickiej w Polsce. Musieli wreszcie „krwią i żelazem” wyrąbać granice odrodzonego państwa, walcząc z sąsiadami dążącymi do zagarnięcia terytoriów, które nam się słusznie należały, bowiem przez wiele wieków wsiąkała w te ziemie krew żołnierza polskiego walczącego w ich obronie oraz pot polskiego chłopa, mieszczanina i szlachcica, którzy pracowali nad ich zagospodarowaniem. Musieli również zmagać się z największym zagrożeniem dla świeżo odzyskanej niepodległości, którym był najazd bolszewicki w 1920 roku, mający na celu przejście „po trupie Polski” do Europy, aby szerzyć na całym kontynencie czerwony terror. I pomimo tego, że naród polski był umęczony długoletnią wojną światową, w której stracił kilkaset tysięcy żołnierzy walczących z przymusu w armiach państw zaborczych, to jednak wykrzesał z siebie ogromne pokłady siły i zjednoczony stanął do walki, aby odnieść wspaniałe zwycięstwo, które uchroniło nas od zagłady i ocaliło Europę przed barbarzyństwem komunistycznym.

Polacy u zarania niepodległości musieli przezwyciężyć wiele poważnych problemów społecznych, gospodarczych i politycznych. I nawet w atmosferze ostrej rywalizacji stronnictw potrafili się porozumieć w sprawach fundamentalnych, tworząc podwaliny niepodległej Rzeczypospolitej. Powołano rząd jedności narodowej pod kierownictwem Ignacego Paderewskiego i dzięki wysiłkom Komitetu Narodowego Polskiego pod przywództwem Romana Dmowskiego zapewniono Polsce miejsce przy stole obrad konferencji pokojowej w Wersalu. W drodze zjednoczenia różnych formacji wojskowych utworzono Wojsko Polskie, na czele którego stanął marszałek Józef Piłsudski. Przeprowadzono też wybory do Sejmu Ustawodawczego, który pod przewodnictwem Wojciecha Trąmpczyńskiego uchwalił 17 marca 1921 roku Konstytucję Rzeczypospolitej. W tamtym czasie nie brakowało różnych koncepcji urządzenia odzyskanego państwa, ale żaden z antagonistów politycznych, oczywiście poza komunistami, nie kwestionował sensu istnienia niepodległego Państwa Polskiego.

Z tym aktem dziejowej sprawiedliwości nie mogły się natomiast pogodzić dawne państwa zaborcze. Już kanclerz niemiecki, Josef Wirth, otwarcie deklarował, że celem jego polityki jest „wykończenie Polski”, którą pogardliwie określał mianem państwa sezonowego. Doprowadził też w 1922 roku do podpisania układu w Rapallo, którym zapoczątkował bliską współpracę Niemiec i Rosji sowieckiej, dążących do obalenia porządku wersalskiego i zniszczenia Państwa Polskiego. Służyły temu prowadzone przez te kraje intensywne działania wywiadowcze oraz wspieranie organizacji terrorystycznych, których aktywność była wymierzona w żywotne interesy Rzeczypospolitej. Niemcy zgłaszali też roszczenia terytorialne wobec Polski i nie omieszkali wykorzystać swojej dominującej pozycji w zakresie wymiany handlowej do destabilizacji naszego kraju, co doprowadziło do wojny celnej. Kulminacją współpracy niemiecko-sowieckiej było zawarcie 23 sierpnia 1939 roku paktu Ribbentrop-Mołotow, będącego w istocie IV rozbiorem Polski i przyczyną wybuchu największego w dziejach ludzkości konfliktu zbrojnego. Najwymowniejszym podsumowaniem współdziałania obu zbrodniczych reżimów była wypowiedź Mołotowa, który z zadowoleniem oświadczył, że w wyniku wspólnej ofensywy wojsk niemieckich i sowieckich „nic nie pozostało po tym bękarcie traktatu wersalskiego”.

II Rzeczpospolita nie była państwem idealnym, a rządzący nią ludzie popełnili wiele brzemiennych w skutki błędów, ale niewątpliwie była państwem suwerennym, prowadzącym własną i niezależną politykę, oczywiście na miarę ówczesnych możliwości, które, o czym trzeba pamiętać, były mocno ograniczone. Borykaliśmy się przecież ze skutkami zaborów i zniszczeń wojennych. Kraj był biedny, a wiele jego regionów było zacofanych cywilizacyjnie. Odzyskaniu niepodległości w 1918 roku sprzyjała pomyślna koniunktura międzynarodowa i klęska trzech państw zaborczych, ale ta korzystna sytuacja trwała bardzo krótko i po Rapallo wzmógł się ponownie nacisk ze strony Niemiec i Związku Sowieckiego. Towarzyszyło temu ciągłe wrzenie wśród mniejszości narodowych, które stanowiły około 30% ogólnej liczby ludności naszego kraju i najczęściej nie akceptowały swojej przynależności państwowej, co nierzadko przejawiało się działalnością terrorystyczną i antypaństwową podejmowaną przez ich przedstawicieli. Elita polityczna dopiero się kształtowała, a działo się to często w ogniu zażartej walki, czego przykładem był zamach majowy w 1926 roku. Niemniej jednak dokonania naszych przodków jeszcze długo będą nas współczesnych wprawiały w zakłopotanie, bowiem ogrom wyzwań, przed jakimi stanęli i ich osiągnięcia na polu działalności społecznej, gospodarczej i ustrojowej, z których po dzień dzisiejszy korzystamy, są powodem do dumy, ale także ukazują nam bylejakość obecnej polityki polskiej.

Kres istnieniu II Rzeczypospolitej położyła klęska zadana nam w 1939 roku przez niemieckich i sowieckich agresorów oraz zdrada „sojuszników” zachodnich, którzy porzucili nas na pastwę najeźdźców. Zdrady dopuściły się również mniejszości narodowe, których przedstawiciele dokonywali aktów dywersji i sabotażu, witali wrogie wojska bramami triumfalnymi i ochoczo uczestniczyli w procesie eksterminacji Polaków, wstępując w szeregi okupacyjnego aparatu terroru. Naród polski zapłacił wielką cenę za stawienie oporu agresorom i pragnienie życia we własnym niepodległym państwie. W czasie II wojny światowej dokonano na naszym społeczeństwie straszliwych aktów ludobójstwa, których ofiarą padło ponad 6 milionów obywateli polskich. Polacy ginęli masowo w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckich łagrach, w niezliczonych egzekucjach i skrupulatnie zaplanowanych akcjach likwidacyjnych, uderzających szczególnie w inteligencję polską. Umierali z głodu i chorób podczas deportacji w głąb Związku Sowieckiego i w trakcie niewolniczej pracy u Niemców. Ginęli także w barbarzyńskich rzeziach dokonywanych przez zwyrodnialców ukraińskich, którzy na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej wymordowali ponad 100 tys. naszych rodaków. Do rachunku krzywd należy również doliczyć ogromny rabunek przez okupantów polskiego majątku narodowego, dóbr kultury i zasobów naturalnych oraz wielkie rozmiary zniszczeń, jakich się dopuścili na terytorium naszego kraju, czego najwymowniejszym przykładem była zagłada Warszawy. Nie można też zapominać o haniebnym procederze rabunku 200 tys. dzieci polskich, poddanych procesowi germanizacji i przekazanych rodzinom niemieckim, z których jedynie niewielka część powróciła po wojnie do Polski. Dlatego jest wielką niesprawiedliwością, że do dnia dzisiejszego nie otrzymaliśmy od sprawców naszych cierpień stosownej rekompensaty za doznane krzywdy.

Polacy stawili bohaterski opór najeźdźcom i przez cały okres II wojny światowej walczyli po stronie koalicji antyniemieckiej, tworząc liczne regularne formacje wojskowe oraz rozbudowując podziemny ruch oporu w okupowanym kraju. W walce poległo 150 tys. żołnierzy polskich. Państwo Polskie poniosło największe straty biologiczne i materialne spośród wszystkich państw dotkniętych skutkami zawieruchy wojennej, a pomimo to wytrwało po stronie aliantów aż do ostatecznej kapitulacji Niemiec. W okupowanej Polsce nie było przejawów kolaboracji z Niemcami, z jakimi spotykano się w innych krajach Europy zajętych przez wojska niemieckie, gdzie tworzono marionetkowe rządy współpracujące z władzami okupacyjnymi. Polski rząd na uchodźstwie lojalnie współdziałał z aliantami, żołnierze polscy dochowali wierności sojusznikom, a nasze społeczeństwo wegetujące pod okupacją niemiecką nie czekało biernie na wyzwolicieli, podejmując często heroiczną walkę z bezwzględnym wrogiem. Dlatego mieliśmy prawo oczekiwać od aliantów sprawiedliwego zadośćuczynienia za polski wkład w zwycięstwo nad III Rzeszą. A co dostaliśmy w zamian?

Polskę potraktowano na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie jak najgorszego wroga. Nie tylko nie zrekompensowano nam strat wojennych, bowiem reparacje od Niemiec mieliśmy otrzymać za pośrednictwem Związku Sowieckiego (15% puli sowieckiej), co faktycznie nigdy nie nastąpiło, to jeszcze Armia Czerwona doszczętnie ograbiła Ziemie Odzyskane. Dokonano też bezprzykładnego zaboru naszych Kresów Wschodnich, ponieważ zgodnie z postanowieniami Wielkiej Trójki ziemie położone na wschód od Bugu, należące w 1939 roku do Polski, zostały podarowane Stalinowi. Konsekwencją tego rozboju stało się wygnanie ogromnej rzeszy Polaków z ich ojcowizny oraz utrata majątku wypracowanego przez wiele pokoleń naszych rodaków. Jednak nie był to koniec klęsk, jakie spadły na Polskę, ponieważ „sojusznicy” zachodni po raz kolejny zdradzili nas i oddali we władanie sowietom, którzy przy pomocy terroru, fałszerstw wyborczych i zmasowanej propagandy zainstalowali w naszym kraju marionetkowy rząd komunistyczny. W czasie drugiej okupacji sowieckiej poddano represjom liczne rzesze Polaków, a wiele tysięcy patriotów polskich zostało zamordowanych, zesłanych w głąb Związku Sowieckiego lub skazanych na długoletnie więzienie. Wielką ofiarę ponieśli żołnierze powojennego podziemia antykomunistycznego, których tropiono jak dzikie bestie i okrutnie mordowano w katowniach ubeckich. Na wieczne wygnanie skazano również ponad 500 tys. Polaków, którzy nie mogli powrócić do kraju, ponieważ nie akceptowali reżimu komunistycznego. Proces sowietyzacji Polski przejawiał się także we wściekłych atakach na instytucje kościelne, w niszczeniu wszelkich przejawów niezależnej od komunistów działalności społecznej i politycznej oraz w upaństwowieniu własności prywatnej i w dążeniu do całkowitej kolektywizacji wsi. W wyniku tych działań zdławiono opór naszego społeczeństwa, a Polska na pół wieku stała się bezwolnym satelitą imperium sowieckiego. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie gorliwa kolaboracja ze zbrodniczym systemem polskojęzycznych renegatów, rekrutujących się spośród „rodzimych” komunistów i tzw. postępowców oraz z mętów społecznych i przedstawicieli mniejszości narodowych, wśród których prym wiedli aparatczycy partyjni i funkcjonariusze bezpieki pochodzenia żydowskiego. Nad lojalnością władz PRL-u wobec władców Kremla i posłuszeństwem społeczeństwa polskiego czuwali namiestnicy sowieccy, którzy dysponowali rozbudowaną agenturą oraz licznym kontyngentem wojsk sowieckich stacjonujących na terytorium naszego kraju.

Polacy, w tych niekorzystnych okolicznościach, musieli się zmagać z głębokim uzależnieniem politycznym od Moskwy i rabunkową eksploatacją zasobów gospodarczych, co w wielkim stopniu utrudniało nasz rozwój. A jednak pomimo przytłaczającego jarzma dominacji sowieckiej i dyletanctwa rządów komunistycznych odbudowaliśmy swój kraj ze zniszczeń wojennych i zagospodarowaliśmy Ziemie Odzyskane. W tamtym czasie zrealizowano też wiele inwestycji i rozbudowano różne gałęzie przemysłu, co było możliwe dzięki rozwijającej się rodzimej myśli technicznej i ogromnemu poświęceniu społeczeństwa, które nierzadko wegetowało w warunkach urągających godności ludzkiej. Polacy ocalili również namiastki gospodarki wolnorynkowej, w postaci rolnictwa indywidualnego i rzemiosła oraz obronili Kościół katolicki, który stał się ostoją działalności antykomunistycznej. Naszą drogę do wolności wytyczały kolejne zrywy robotnicze podejmowane w latach 1956, 1970, 1976 i 1980, których zwieńczeniem było powstanie NSZZ „Solidarność”. Polacy walczyli wtedy nie tylko o poprawę swojej sytuacji bytowej, która w warunkach niewydolnego systemu komunistycznego stale się pogarszała, ale także podnosili postulaty wolnościowe. Reżim komunistyczny brutalnie i krwawo pacyfikował te protesty, strzelając do robotników na ulicach miast i w zakładach pracy oraz maltretując i osadzając w więzieniach tysiące opozycjonistów. Kulminacją prześladowań był stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 roku przez juntę wojskową Jaruzelskiego, w wyniku którego wiele osób zostało zabitych przez milicję podczas pacyfikacji strajków i rozpędzania demonstracji lub zamordowanych przez tzw. nieznanych sprawców. Tysiące Polaków było wtedy represjonowanych, a cały kraj pogrążył się w kryzysie gospodarczym. Z powodu prześladowań politycznych i pogłębiającej się nędzy materialnej w latach 1980–1989 wyemigrowało z Polski około 1,3 mln osób, w przeważającej mierze ludzi młodych i dobrze wykształconych, co niewątpliwie zahamowało rozwój naszego kraju i doprowadziło do osłabienia polskiego potencjału demograficznego.

W końcowych latach PRL-u system nakazowo-rozdzielczy osiągnął już taki poziom nieefektywności i marnotrawstwa, że wystąpiła stagnacja gospodarcza, a ponad 80% produktów było niedostępnych na rynku. Gospodarkę wyniszczała też szalejąca hiperinflacja, a przez braki w zaopatrzeniu kwitły korupcja i czarny rynek. Katastrofalną sytuację pogłębiały niekorzystne umowy handlowe ze Związkiem Sowieckim, ponieważ sprzedawano tam towary po mocno zaniżonych cenach. Negatywny wpływ na gospodarkę wywierały także sankcje nałożone przez USA oraz ogromne koszty obsługi długów zagranicznych zaciągniętych przez ekipę Edwarda Gierka. Efektem ostrego kryzysu była bieda i zapaść cywilizacyjna, a także ogłoszenie przez władze PRL niewypłacalności i faktyczne bankructwo niereformowalnego systemu gospodarczego. Narastająca wśród Polaków frustracja mogła w każdej chwili doprowadzić do masowego wybuchu społecznego, który mógł całkowicie pozbawić komunistów władzy, tym bardziej, że nie działał już straszak interwencji sowieckiej. Upadek reżimu komunistycznego był już przesądzony, zwłaszcza, że Związek Sowiecki pogrążył się w głębokim kryzysie ekonomicznym i politycznym, który w parę lat później doprowadził do jego rozpadu i wybicia się na niepodległość narodów ciemiężonych przez władców Kremla.

 Władze komunistyczne doskonale zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Dlatego opracowały i wdrożyły w życie perfidny plan „ucieczki do przodu”, którego efektem był układ zawarty w Magdalence i przy Okrągłym Stole z dobraną przez szefa bezpieki opozycją. W wyniku tej zmowy powstała III Rzeczpospolita, będąca swoistą Republiką Okrągłego Stołu, do której niejako aportem wniesiono „doświadczone” kadry reżimu komunistycznego, czego najwymowniejszym symbolem była postać dyktatora PRL-u, Wojciecha Jaruzelskiego, który stał się jej pierwszym prezydentem. Komuniści zapewnili sobie również 65% miejsc w Sejmie, wyłonionym w wyborach kontraktowych w czerwcu 1989 roku, co w połączeniu z penetracją większości ugrupowań politycznych i organizacji społecznych przez ich agenturę dało im całkowitą kontrolę nad procesem transformacji ustrojowej. Dzięki temu zapewnili sobie nie tylko bezkarność za zbrodnie popełnione w okresie PRL-u, ale także szerokie możliwości uwłaszczenia się nomenklatury komunistycznej na majątku narodowym, co utorowało im drogę do ponownego uchwycenia władzy, sprawowanej przez nich w latach 1993–1997 i 2001–2005 oraz umożliwiło dwukrotny wybór Aleksandra Kwaśniewskiego na prezydenta RP w 1995 i 2000 roku. W tym miejscu należy podkreślić zasadniczą różnicę w podejściu do odbudowy niepodległego Państwa Polskiego, bowiem o ile nasi przywódcy w 1918 roku opierali się wyłącznie na środowiskach niepodległościowych, rezygnując ze współpracy z ugrupowaniami wcześniej lojalnymi wobec państw zaborczych, to w 1989 roku postąpiono zupełnie inaczej. Aktem założycielskim III Rzeczypospolitej stało się porozumienie podpisane przy Okrągłym Stole, uzgodnione wcześniej na tajnych schadzkach w Magdalence, które nie tylko dopuszczało komunistów do udziału we władzy, ale czyniło z nich faktyczny fundament nowego systemu politycznego. I w tej właśnie zmowie należy upatrywać głównych przyczyn słabości naszego obecnego państwa, bowiem rządzący nim politycy od samego początku koncentrowali się wyłącznie na umacnianiu wpływów swoich mafii politycznych, a nie na rozwoju Polski i obronie jej suwerenności. Świadczy o tym zadziwiająca łatwość, z jaką oddali nasz kraj na łup międzynarodowym lichwiarzom i całkowite poddanie się nakazom Unii Europejskiej, czego dobitnym przykładem jest narzucenie Polsce traktatu lizbońskiego, który faktycznie pozbawił nas suwerenności.

Układ zawarty przez komunistów z koncesjonowaną opozycją rozpoczął nowy etap w historii Polski, bowiem od tego momentu trwa nieprzerwanie proces grabienia i demontażu naszego państwa oraz umacniania się wpływów „elit” polityczno-finansowych ukształtowanych na początku transformacji ustrojowej. Pod kierownictwem marksisty Leszka Balcerowicza i pod nadzorem „doradców” zagranicznych zastosowano w gospodarce polskiej tzw. terapię szokową, która pociągnęła za sobą ogromną falę bankructw rodzimych zakładów produkcyjnych i wielką skalę bezrobocia. Otwarto rynek krajowy na nieograniczoną ekspansję obcego kapitału, a majątek narodowy był rozkradany pod przykrywką prywatyzacji przez koncerny zagraniczne i „rodzimych” oszustów. Społeczeństwo polskie wbrew zapewnieniom składanym przez kolejne ekipy rządowe nigdy nie zostało uwłaszczone na majątku narodowym, natomiast dość skutecznie zostało z wszelkich praw do niego wywłaszczone. Dzieje III Rzeczypospolitej, szczególnie w początkowym stadium jej istnienia, to także nieprzerwane pasmo afer oraz nieudolnych prób rozliczenia sprawców tych przestępstw, które wskazują na chroniczną niemoc organów państwowych i brak woli u decydentów politycznych.

W atmosferze całkowitej bezkarności doprowadzono do zniszczenia lub wrogiego przejęcia przez koncerny zagraniczne wielu gałęzi polskiego przemysłu i handlu, ograniczono produkcję rolną i zlikwidowano rybołówstwo oraz zawłaszczono system bankowy. Ogromnie na tym zyskały obce państwa, szczególnie Niemcy, które odgrywają wiodącą rolę w Unii Europejskiej i narzucają za jej pośrednictwem korzystne dla siebie rozwiązania prawne. Nadmierne uprzywilejowanie obcego kapitału oraz całkowita swoboda transferu za granicę ogromnych i nieopodatkowanych zysków, w połączeniu z narastającym uciskiem fiskalnym wobec rodzimych przedsiębiorstw, spowodowały, że Polska stała się faktycznie kolonią zarządzaną przez gorliwych akwizytorów cudzych interesów. Przekształcono nasz kraj w rezerwuar surowców i taniej siły roboczej oraz odbiorcę nadwyżek produkcyjnych z Unii Europejskiej i Chin. Wszelkie koszty podejmowanych „reform”, które najczęściej prowadziły donikąd, przerzucono na barki społeczeństwa pozbawionego perspektyw na lepsze życie we własnym kraju, co przejawiło się masową emigracją Polaków, poszukujących rozpaczliwie możliwości poprawy swojej egzystencji. W chwili obecnej poza granicami naszego państwa przebywa już ponad 2,5 mln polskich emigrantów zarobkowych. Należy też podkreślić, że wyjeżdżają przeważnie ludzie młodzi i dobrze wykształceni, w dodatku coraz częściej deklarujący chęć pozostania za granicą na stałe, a bez ich udziału trudno sobie wyobrazić rozwój Polski. Niestety, kolejne rządy nie robią nic, aby zachęcić naszych rodaków do powrotu z emigracji, próbują za to wypełnić lukę demograficzną masowym sprowadzaniem obcych imigrantów, w szczególności ukraińskich.

W kraju rozpanoszyła się wszechwładna biurokracja, a korupcja, nepotyzm, kolesiostwo i arogancja stały się chlebem powszednim w życiu publicznym. Awans społeczny nie jest uwarunkowany osobistym zaangażowaniem i posiadanymi zdolnościami, lecz pokrewieństwem lub znajomością z politykami będącymi aktualnie przy władzy. Pasożytnicza klasa polityczna urządziła się wygodnie na koszt podatników i domaga się ciągle nowych przywilejów, jednocześnie wysługując się zagranicznym ośrodkom decyzyjnym. Jak za czasów przedrozbiorowych po salonach nadwiślańskich krążą ambasadorzy i agenci obcych wpływów, którzy gorliwie zabiegają o realizację zleceń swoich mocodawców. Sprzyja temu fakt, że w polityce polskiej dominują bezideowi karierowicze, moralne karły i osobnicy o mentalności niewolniczej, ukształtowanej jeszcze w czasach systemu komunistycznego, zawdzięczający często swoją karierę opiece możnych protektorów. Oni właśnie gotowi są sprzedać Polskę za cenę własnego awansu, co jest dla nich tym łatwiejsze, że nie mają jakiejkolwiek wizji rozwoju naszego państwa. Dążą więc do jego demontażu i wcielenia do imperium unijnego, które starają się usilnie budować brukselscy technokraci wspierani przez rosnące w siłę Niemcy. Krajowi politykierzy, aby odwrócić uwagę społeczeństwa polskiego od swoich podłych i podstępnych poczynań, wszczynają kolejne konflikty wewnętrzne, które w istocie sprowadzają się do tego, kto zajmie lepsze miejsce przy korycie państwowym. Stale też manipulują Polakami, próbując im wmówić konieczność poniesienia ofiary z niepodległości na rzecz budowania „lepszej” przyszłości w Unii Europejskiej. Ile to razy słyszeliśmy z ust polityków tzw. głównego nurtu o tym, że Polska rośnie w siłę, a nasza pozycja w świecie jest coraz mocniejsza. Jednak rzeczywistość brutalnie obnażyła fałsz głoszonej przez nich propagandy, którą rozsiewają za pośrednictwem mediów należących w większości do kapitału niemieckiego.

Prawda jest zaś taka, że Państwo Polskie trawione kryzysem wewnętrznym ma bardzo słabą pozycję międzynarodową, bowiem, gdy upadał Związek Sowiecki, to z winy polityków okrągłostołowych zmarnowano szansę wybicia się na niepodległość. O ile można uznać przynależność do NATO za czynnik wzmacniający nasze bezpieczeństwo, to akcesja na niekorzystnych warunkach do Unii Europejskiej stała się hamulcem naszego rozwoju. Wielu Polaków dało się zwieść fałszywej propagandzie i uznało, że to środki unijne i „troska” brukselskich komisarzy przyczyniają się do poprawy jakości ich życia. Tymczasem prawda jest zgoła inna, ponieważ koszty członkostwa w Unii przewyższają obiecane korzyści, a faktycznie wszystko, co obecnie posiadamy, zawdzięczamy głównie swojej ciężkiej pracy. Dotacje unijne nie rekompensują nam rozmiarów spustoszenia, jakie czynią na naszym rynku koncerny zagraniczne. W dodatku obarczone są wysokim kosztem utrzymania licznej biurokracji i drenowane są przez obce firmy, które przechwytują większość realizowanych kontraktów i transferują ogromne nieopodatkowane zyski za granicę. W tej sytuacji nie można się dziwić, że pomimo modernizowanej infrastruktury nie poprawia się znacząco zamożność naszego społeczeństwa, co w oczywisty sposób wpływa na wzrost liczby emigrantów.

Czas więc na to, aby spojrzeć prawdzie w oczy. Polska wbrew zapewnieniom kłamliwych polityków nie jest obecnie państwem niepodległym, ponieważ jest formalnie zależna od nakazów Brukseli i od nieformalnych wpływów innych ośrodków zagranicznych. Nie jest też państwem suwerennym, ponieważ nie posiada zdolności do niezależnego sprawowania władzy oraz samodzielnego podejmowania decyzji w sprawach wewnętrznych i zewnętrznych. Świadczy o tym najwymowniej kapitulacja przed dyktatem unijnym w kwestii reformy sądownictwa i uległość wobec żądań środowisk żydowskich. Nie możemy bez zgody czynników zagranicznych przeprowadzić żadnych reform, które mogłyby się przyczynić do wzrostu naszej niezależności. Ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne posunęła się już do tego stopnia, że Unia narzuca Polakom rozwiązania wkraczające w sferę ich życia prywatnego i obyczajów, czego najlepszym przykładem jest promocja zgnilizny moralnej w postaci „ideologii” gender i multikulturalizmu. W polityce polskiej zarysowuje się też coraz bardziej podział na unionistów, którzy bez względu na negatywne konsekwencje dążą do pogłębienia integracji Polski ze strukturami Unii Europejskiej oraz na patriotów, którzy chcą ratować nasz kraj przed upadkiem. Niestety, na razie większość stanowią ci pierwsi, bowiem zdominowali skład parlamentu i rządu oraz wywierają przemożny wpływ na funkcjonowanie aparatu administracyjnego, sądownictwa, gospodarki i mediów. Obecni są we wszystkich ugrupowaniach parlamentarnych i ponad podziałami pracują nad utrzymaniem Polski w stanie zależności od obcych wpływów.

Z przedstawionego bilansu wynika, że Państwo Polskie od momentu odzyskania niepodległości było suwerenne tylko w okresie II Rzeczypospolitej. W tamtym czasie samodzielnie kształtowaliśmy naszą politykę i pomimo tego, że mieliśmy ograniczone możliwości i nie ustrzegliśmy się wielu błędów, to jednak była to polityka polska. Upadek naszej państwowości w 1939 roku, którego następstwem była brutalna okupacja niemiecka i sowiecka, sprowadził na nasze społeczeństwo straszliwy terror i zniszczenie. Szczególnie dotkliwie odczuliśmy eksterminację naszych elit, tępionych zaciekle przez obu okupantów, którzy z wielką determinacją dążyli do całkowitej likwidacji inteligencji polskiej, aby w ten sposób pozbawić nas warstwy przywódczej. Polska po zakończeniu II wojny światowej stała się częścią sowieckiej strefy wpływów, a faktycznie bezwzględnie eksploatowaną kolonią. W okresie PRL-u nie mieliśmy jakiejkolwiek swobody w zakresie wyboru dróg naszego rozwoju, ponieważ komuniści realizowali wyłącznie nakazy płynące z Moskwy i tępili brutalnie jakiekolwiek przejawy odchylenia od linii reprezentowanej przez partię rządzącą. Także III Rzeczpospolita, wbrew oczekiwaniom społeczeństwa polskiego, nie stała się państwem suwerennym i niepodległym, bowiem od samego początku została opanowana przez mafię okrągłostołową rekrutującą się z komunistów i ich agentów. Efektem ich szkodliwej działalności jest podporządkowanie Państwa Polskiego obcym ośrodkom decyzyjnym oraz konsekwentne osłabianie jego struktur, co może doprowadzić do likwidacji naszej państwowości i rozpłynięcia się narodu polskiego w multikulturowym tyglu Unii Europejskiej.

Z perspektywy stuletnich doświadczeń można więc stwierdzić, że Polska najlepiej rozwijała się i najpełniej wykorzystywała swój potencjał, gdy była suwerenna. Natomiast w okresach, gdy popadała w zależność od obcych wpływów lub znajdowała się pod okupacją, to wtedy była na wszelkie sposoby niszczona i rabowana, a społeczeństwo polskie pozbawione ochrony swojego państwa poddawane było różnym prześladowaniom i niebezpiecznym eksperymentom ideologicznym. Podstawowym warunkiem niepodległości każdego państwa jest posiadanie własnych i lojalnych wobec niego elit politycznych, które kierując się poczuciem patriotycznego obowiązku będą dążyć do wzmocnienia jego siły i znaczenia. Obecne „elity” nie spełniają tych kryteriów, ponieważ w przeważającej mierze składają się z postkomunistów, którzy mają na rękach krew patriotów polskich, a na sumieniu zdradę interesów narodowych oraz z osobników uległych wobec czynników zagranicznych i lokajów obcego kapitału. Dlatego chcąc odzyskać kontrolę nad własnym państwem musimy najpierw odtworzyć polskie elity polityczne i obalić Republikę Okrągłego Stołu, aby w ten sposób dać pole do działania ludziom kompetentnym, odważnym i szczerze miłującym Ojczyznę.

100. rocznica odzyskania niepodległości powinna stać się dla patriotów impulsem do podjęcia niezbędnych działań naprawczych, które uczynią Polskę państwem wielkim i suwerennym, bo mamy do tego odpowiedni potencjał. Polska jest przecież krajem zdolnych, wykształconych i pracowitych ludzi. Posiadamy zasoby naturalne, majątek oraz przemysł, które w wielu dziedzinach są w stanie zaspokajać nasze potrzeby. Położenie geograficzne stwarza nam dogodne warunki do rozwijania tranzytu towarów i międzynarodowej wymiany handlowej. Dotychczas, co prawda, nie mogliśmy wykorzystać tych atutów dla rozwoju państwa i poprawienia warunków życia narodu, ale działo się tak dlatego, że władzę sprawowali politycy nieudolni i uzależnieni od obcych ośrodków decyzyjnych. Dlatego musimy odsunąć od rządzenia państwem skompromitowane „elity” polityczne oraz zrzucić krępujące nas więzy obcej zależności. Musimy również poprawić jakość rządzenia i podnieść autorytet władzy, bo tylko w ten sposób możemy wydobyć Polskę z kryzysu i zapewnić Polakom lepszą przyszłość. Nie możemy się uchylać od tej powinności, ponieważ „Państwo Polskie jest wspólnym dobrem wszystkich obywateli. Wskrzeszone walką i ofiarą najlepszych swoich synów ma być przekazywane w spadku dziejowym z pokolenia na pokolenie. Każde pokolenie obowiązane jest wysiłkiem własnym wzmóc siłę i powagę państwa. Za spełnienie tego obowiązku odpowiada przed potomnością swoim honorem i swoim imieniem”.

 

Gdańsk, dn. 11 listopada 2018 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

                                                                                                                         Wojciech Podjacki

0

W sprawie antypolskich ataków na Ukrainie.

Oświadczenie

w sprawie antypolskich ataków na Ukrainie.

W ostatnim czasie na Ukrainie coraz częściej dochodzi do antypolskich ataków. Na początku 2017 roku dokonano tam profanacji cmentarza w Bykowni pod Kijowem, gdzie spoczywają szczątki polskich żołnierzy zamordowanych w 1940 roku przez NKWD. Zdewastowano również polską nekropolię w Podkamieniu w obwodzie lwowskim, gdzie na tablicach i krzyżu, upamiętniających ofiary zbrodni ludobójstwa dokonanej przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), namalowano napisy „Śmierć Lachom” i swastykę. W podobny sposób sprofanowano we Lwowie monument profesorów lwowskich zabitych przez Niemców w 1941 roku. Dwukrotnie zniszczono pomnik Polaków pomordowanych w 1944 roku przez zbrodniarzy z SS Galizien w Hucie Pieniackiej. W styczniu wysadzono go przy pomocy materiałów wybuchowych, a w marcu, w niedługi czas po odnowieniu, został ponownie zdewastowany. Na symbolicznym krzyżu namalowano swastykę i tryzub, a na stojących obok tablicach z nazwiskami ofiar umieszczono napisy: „Śmierć Lachom” i „Precz z Ukrainy”. Wymienione akty barbarzyństwa były jednak tylko wstępem do bezprecedensowego ataku na polski konsulat w Łucku, który pod koniec marca został ostrzelany z granatnika. Podobne ataki terrorystyczne wymierzone w placówki dyplomatyczne, będące przecież pod szczególną ochroną, zdarzają się tylko w rejonach ogarniętych wojną lub w krajach, które trudno uznać za cywilizowane. Poza tym nie był to odosobniony incydent, ponieważ miesiąc wcześniej „nieznani sprawcy” obrzucili pojemnikami z czerwoną farbą siedzibę polskiego konsulatu we Lwowie, a na parkanie wymalowali napis: „Nasza ziemia”. W dniu 30 maja podpalono także polską szkołę w Mościskach.

Przedstawione tu haniebne czyny noszą znamiona zorganizowanej akcji, której wspólnym mianownikiem jest uderzenie w obiekty symbolizujące Państwo Polskie lub będące świadectwem polskości Kresów Południowo-Wschodnich, należących niegdyś do Rzeczypospolitej. Znamienne są także reakcje ukraińskich władz na te karygodne przejawy agresji. Ukraińcy bowiem, poza przekazywaniem Polakom wyrazów ubolewania, starają się przerzucić odpowiedzialność na „stronę trzecią”, czyli Rosję, która, ich zdaniem, za pomocą swoich służb specjalnych, dąży do wywołania konfliktu między naszymi państwami. Podobna narracja płynie również ze strony polskich polityków, zarówno z partii rządzącej, jak i z ugrupowań opozycyjnych, które widzą w tym inspirację, a nawet sprawstwo rosyjskie. Jednak, pomimo zgodnej wersji głoszonej przez oficjalne czynniki polityczne, sprawa narastającej fali antypolskich ataków na Ukrainie budzi wiele wątpliwości. Najważniejszą kwestią pozostaje schwytanie i ukaranie ich wykonawców. Nie można się bowiem zadowolić tłumaczeniem ukraińskich władz, że za wszystkim stoją Rosjanie, ponieważ na to, jak dotychczas, nie przedstawiono żadnych przekonywujących dowodów. Nikogo nie aresztowano, a winę przypisuje się bezustannie „nieznanym sprawcom”. Wywołuje to uzasadnione wątpliwości, co do szczerości intencji strony ukraińskiej, która, albo ukrywa prawdziwych sprawców, bo ich ujawnienie mogłoby zaszkodzić relacjom polsko-ukraińskim, albo też nie jest w stanie ich wykryć, co wskazywałoby na zatrważający rozkład tamtejszych instytucji państwowych, które nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa i porządku na swoim terytorium.

Fakty są zaś takie, że na Ukrainie rozwija się żywiołowo banderyzm, który staje się fundamentem ukraińskiej tożsamości narodowej, co jest efektem wychowywania przez wiele lat młodzieży w duchu szowinizmu i polonofobii. Widocznym tego przejawem są marsze i obchody urządzane cyklicznie ku czci zbrodniarzy z UPA oraz swoisty kult Stepana Bandery, który przeniknął już do szerokich kręgów ukraińskiego społeczeństwa, czego dowodem są liczne pomniki stawiane upowcom. Postawy wrogości wobec Polaków wzmacniane są przez prowokacyjne zachowania ukraińskich polityków, którzy nie dość, że nie przejawiają jakiejkolwiek woli rozliczenia się ze zbrodniczą przeszłością swoich przodków, to jeszcze zaostrzają sytuację uchwalając w parlamencie ustawy gloryfikujące banderowców i grożące sankcjami karnymi za podważanie ich „bohaterstwa”. Do pogorszenia wzajemnych relacji przyczynia się także działalność Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej, który, po usunięciu postawionego nielegalnie w 1994 roku pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu, wstrzymał stronie polskiej pozwolenie na prowadzenie prac poszukiwawczych, ekshumacyjnych i porządkowych na Ukrainie, gdzie znajdują się miejsca pochówku Polaków, będących ofiarami stalinowskich represji i ukraińskiego ludobójstwa. Ukraińcy grożą także wstrzymaniem legalizacji polskich miejsc pamięci na terenie ich kraju. Ta skandaliczna decyzja wpisuje się w cały ciąg antypolskich prowokacji, których przykładem jest zawieszenie na parkanie naszej ambasady w Kijowie portretu Stepana Bandery przez aktywistów nacjonalistycznej organizacji Czarny Komitet. A także uczczenie na posiedzeniu Rady Najwyższej Ukrainy rocznicy śmierci Romana Szuchewycza – dowódcy UPA i kata Polaków, którego syn Jurij, będący deputowanym do parlamentu, bezczelnie oświadczył, że Polska nie ma prawa mówić Ukrainie kogo należy uważać za bohatera oraz że jest gotów „plunąć Polakom w mordę”. Nie można się więc dziwić, że w tak nienawistnej atmosferze, zachęcającej wręcz do odwetu na Polakach, mnożą się bandyckie ataki na polskie obiekty i instytucje.

Sytuację pogarsza też aktywność bardzo wpływowego ukraińskiego lobby w Polsce, na które składają się już nie tylko działające w naszym kraju organizacje ukraińskiej mniejszości, ale także zastępy zaślepionych polskich polityków, dziennikarzy i celebrytów. Wykazywana przez nich bezrefleksyjna postawa filoukraińska oraz głoszone fałszywe tezy o rzekomo pogłębiającym się „braterstwie” z Ukraińcami, zamiast prowadzić do zbliżenia między naszymi narodami, wywołują coraz większe antagonizmy. Ukraińcom trudno się dziwić, że starają się przedstawiać swój kraj w jak najlepszych barwach, zwłaszcza, że aspirują do Unii Europejskiej i NATO, ale uległość polskich władz wobec żądań strony ukraińskiej, to powód do wstydu. Polscy politycy pomagali Ukraińcom podczas „pomarańczowej rewolucji”, jeździli tłumnie na kijowski Majdan, wspierają ich hojnie pieniędzmi polskich podatników i nie zważając na koszty forsują ukraińskie interesy na arenie międzynarodowej. W zamian za to, Ukraińcy bezustannie plują nam w twarz! Doszło już nawet do tego, że strona ukraińska decydowała o tym, jak polski parlament ma uczcić ofiary ludobójstwa dokonanego przez UPA. W tej kwestii pod koniec czerwca 2016 roku, przed zaplanowaną debatą w Sejmie, marszałek Marek Kuchciński paktował w Truskawcu koło Lwowa z przedstawicielami ukraińskiego parlamentu, w tym ze wspomnianym już Jurijem Szuchewyczem. Ukraińcy głosząc hasło: „Nasz kraj – nasi bohaterowie!”, z oburzeniem reagują na próby zwrócenia im uwagi, że bezwstydnie gloryfikując zbrodniarzy z UPA szkodzą swojej narodowej sprawie. Jednocześnie wywierają presję na polskich polityków, aby odstąpili od godnego upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Warto też zwrócić uwagę na symboliczną, wręcz złowieszczą dla Polaków wymowę miejsca corocznych spotkań polityków PiS z ukraińskimi parlamentarzystami. W 1931 roku w Truskawcu został zamordowany przez ukraińskich terrorystów Tadeusz Hołówko, jeden z najbliższych współpracowników marszałka Józefa Piłsudskiego i gorący orędownik ugody polsko-ukraińskiej. Nie był on jedynym Polakiem, który w okresie międzywojennym zapłacił najwyższą cenę za zbyt idealistyczne podejście do zagadnienia stosunków polsko-ukraińskich. Od kul zamachowców z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów ginęli także Ukraińcy opowiadający się za współpracą z Polakami, czego przykładem jest zamordowanie w 1934 roku Iwana Babija, dyrektora ukraińskiego gimnazjum we Lwowie. Tragiczne dzieje naszych wzajemnych relacji, powinny być dla wszystkich przestrogą, zwłaszcza, że nie brak obecnie dowodów na to, iż Ukraińcy bezwzględnie wykorzystują naiwność polskich decydentów i bezczelnie narzucają im swój punkt widzenia w różnych kwestiach.

Dlatego Liga Obrony Suwerenności domaga się zrewidowania dotychczasowej błędnej polityki polskiego rządu wobec Ukrainy, która może być w dłuższej perspektywie zagrożeniem dla naszego narodowego bezpieczeństwa. Domagamy się zdecydowanego potępienia gloryfikacji ukraińskich formacji odpowiedzialnych za zbrodnie ludobójstwa oraz ścigania osób propagujących banderyzm na równi z innymi totalitarnymi ideologiami. Nie można bowiem tolerować szerzącego się na Ukrainie kultu dla zbrodniarzy z UPA, a tym bardziej zezwalać na stawianie takim zwyrodnialcom pomników na polskiej ziemi. Uległość polskich władz wobec ukraińskich szowinistów zachęca ich jedynie do kolejnych ataków i prowokacji. Niedopuszczalne są również naciski ze strony Kijowa, zmierzające do uniemożliwienia godnego upamiętnienia ukraińskiego ludobójstwa oraz czyniące z polskich ofiar zakładników w politycznej grze prowadzonej przez Ukraińców. Państwo Polskie nie może pod żadnym pozorem negocjować z Ukraińcami kwestii uhonorowania naszych rodaków oraz potępienia sprawców ich okrutnej śmierci, ponieważ jest to wyłącznie naszą sprawą wewnętrzną, w którą nie mają oni prawa ingerować.

Liga Obrony Suwerenności popiera stanowisko polskiego Instytutu Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, który zdecydowanie odrzucił żądania Ukraińców dotyczące odtworzenia w pierwotnej formie pomnika UPA w Hruszowicach oraz stanowczo sprzeciwia się gloryfikacji formacji odpowiedzialnych za masowe zbrodnie na ludności cywilnej, której „służy część nielegalnych ukraińskich miejsc pamięci w Polsce”.

Liga Obrony Suwerenności przyjęła również z rozczarowaniem decyzję Prezydenta Andrzeja Dudy, który odmówił objęcia patronatem honorowym Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Obywateli Polskich na Kresach II RP obchodzonego w dniach 8-9 lipca 2017 roku. W naszej opinii jest to nieusprawiedliwiony przejaw lekceważenia szlachetnych inicjatyw podejmowanych przez środowiska kresowe i patriotyczne, które miały prawo liczyć na to, że po wielu latach okazywanej im pogardy, ze strony poprzednich lokatorów Pałacu Namiestnikowskiego, znajdą wreszcie w osobie Prezydenta Rzeczypospolitej rzecznika swoich słusznych postulatów. Tym bardziej, że obecna głowa państwa zawdzięcza swój wybór, w znacznej mierze, poparciu udzielonemu przez wspomniane środowiska. Potępiamy również przejawy ohydnej propagandy pomawiającej szczerych patriotów i ludzi dobrej woli dążących do godnego upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa, o to, że są jakoby „ruskimi agentami” lub „pożytecznymi idiotami”. Naszym zdaniem są to nieuczciwe i plugawe pomówienia, które nie dość, że nie znajdują potwierdzenia w faktach, to jeszcze coraz częściej wygłaszane są przez państwowych dygnitarzy.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że Ukraińcy swoimi antypolskimi wystąpieniami dostarczają wystarczających argumentów do zweryfikowania stanowiska względem ich państwa. Widać coraz wyraźniej, że polityka tzw. strategicznego partnerstwa i uległości wobec Ukrainy uprawiana przez polskie rządy była błędem oraz że nie warto bezwarunkowo opowiadać się po ich stronie, narażając tym samym własne interesy narodowe. Ukraina bardziej potrzebuje pomocy od Polski, niż Polska od Ukrainy. Czas więc na otrzeźwienie, tak polskich, jak i ukraińskich polityków. Nie można bowiem dłużej tolerować sytuacji, gdy Polska, w zamian za bezwarunkowe poparcie dla interesów Ukrainy, doznaje samych upokorzeń w relacjach z tym krajem, a polscy politycy „chowają głowy w piasek”, zamiast zdecydowanie formułować nasze postulaty. Dlatego Liga Obrony Suwerenności domaga się wywarcia skutecznej presji na oficjalne czynniki ukraińskie, celem uzyskania z ich strony zdecydowanego potępienia szerzącego się na Ukrainie kultu zbrodniarzy z UPA oraz zapewnienia skutecznej ochrony polskim instytucjom i obiektom znajdującym się na terenie tego państwa, a także zagwarantowania bezpieczeństwa mieszkającym tam Polakom.

Gdańsk, dn. 11 lipca 2017 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

                                                                                                                    Wojciech Podjacki

0

W sprawie godnego upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie godnego upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa

na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej.

11 lipca 1943 roku krwiożercze bandy Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) dokonały jednoczesnego ataku na prawie 100 polskich miejscowości na Wołyniu, co było kulminacją zaplanowanej z zimną krwią zbrodni, mającej na celu unicestwienie wszelkich śladów polskości na południowo-wschodnich terenach Rzeczypospolitej. Ukraińscy oprawcy, z okrzykiem „śmierć Lachom”, wymordowali w bestialski sposób tysiące niewinnych i bezbronnych ludzi, co dowodzi ich ogromnego okrucieństwa i zdziczenia, które można porównać jedynie z postępowaniem najbardziej prymitywnych barbarzyńców. Mordowano mężczyzn, kobiety i dzieci, bez względu na wiek. Zabijano nie tylko Polaków, ale także ich ukraińskich małżonków. W rzeziach ginęli również Żydzi, Ormianie, Czesi oraz przedstawiciele innych mniejszości narodowych, a także Ukraińcy starający się pomóc ofiarom. Majątek pomordowanych rabowano, palono też zaatakowane polskie wsie, aby uniemożliwić ponowne osiedlenie się ludności. W wyniku prowadzonego konsekwentnie ludobójstwa, w latach 1939-1945 i jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej, Ukraińcy zamordowali ponad 100 tys. obywateli II Rzeczypospolitej. Ich dokładna liczba do dziś nie jest znana, a wielu z nich wciąż nie doczekało się godnego pochówku i upamiętnienia. Przerażającym jest to, że tych ohydnych zbrodni dokonywali najczęściej ukraińscy sąsiedzi, którzy żyjącym wśród nich Polakom odpłacili okrucieństwem i pożogą za to, że przynieśli na kresowe ziemie kaganek oświaty i nowoczesne formy gospodarowania. Banderowski holokaust, którego głównym motywem było dążenie do wyrzucenia „Lachów za San”, doprowadził do tego, że Kresy Wschodnie spłynęły polską krwią, a oprawcy utuczyli się na zrabowanym majątku ofiar. Jednak pomimo wielkiej determinacji owładniętych zbrodniczą ideologią i zarażonych chorą zawiścią siepaczy, nie udało im się całkowicie zatrzeć świadectwa polskości kresowych ziem, gdzie nawet obecnie „każdy kamień mówi po polsku”.

Rodziny pomordowanych, jak również ogół Kresowiaków i patriotów, od wielu lat domagają się godnego uczczenia i upamiętnienia ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Dotychczas jednak ta szczytna inicjatywa przegrywała w konfrontacji z polityką rządzących Polską ugrupowań, które, bezrefleksyjnie wspierając Ukrainę i ulegając wpływowemu w naszym kraju lobby ukraińskiemu, odrzucały możliwość odpowiedniego zadośćuczynienia tym słusznym postulatom. Polscy politycy, w imię fałszywie pojętej „przyjaźni” z Ukrainą, przymykają oczy na szerzący się u naszych wschodnich sąsiadów banderyzm i kult morderców z UPA, który również coraz częściej daje o sobie znać w Polsce, gdzie lokalne społeczności ukraińskie stawiają pomniki naszym oprawcom i dokonują licznych antypolskich prowokacji. Haniebną i godną potępienia jest także działalność tych polityków, którzy usiłują uniemożliwić sprawiedliwe rozliczenie banderowskich zbrodni i próbują relatywizować to ludobójstwo w imię „dobrych” stosunków z Ukrainą.

Polskie władze dotychczas umywały ręce od potrzeby godnego uczczenia pamięci mieszkańców Kresów Wschodnich pomordowanych przez ukraińskich zbrodniarzy. Dlatego, gdy rządy w Polsce sprawuje obóz polityczny mieniący się patriotycznym, Liga Obrony Suwerenności domaga się pełnego zadośćuczynienia ofiarom tej strasznej zbrodni. Domagamy się, aby uchwalono 11 lipca Dniem Pamięci Pomordowanych podczas ukraińskiego ludobójstwa na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Uważamy także, że nie można poprzestać na uchwale oddającej hołd ofiarom, a Sejm powinien wydać specjalną ustawę potępiającą ukraińskich zbrodniarzy i umożliwiającą zwalczanie rozprzestrzeniającego się banderyzmu, podobnie jak to ma miejsce w przypadku nazizmu i komunizmu. Liga Obrony Suwerenności uważa, że prawdziwe partnerstwo z Ukrainą można budować jedynie na fundamencie prawdy, a naszej narodowej godności i poczucia sprawiedliwości nie wolno nikomu poświęcać w imię doraźnych politycznych interesów.

Gdańsk, dn. 6 lipca 2016 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki

0

W związku z niedopuszczalną ingerencją w sprawy wewnętrzne Państwa Polskiego.

O Ś W I A D C Z E N I E

w związku z niedopuszczalną ingerencją w sprawy wewnętrzne Państwa Polskiego.

W ostatnim czasie na Polskę wywierany jest silny nacisk ze strony unijnych instytucji i innych zagranicznych ośrodków, które w ten sposób chcą zmusić władze naszego kraju do działania zgodnego z ich interesem. Służą temu zorganizowane na forum Parlamentu Europejskiego debaty „w sprawie sytuacji w Polsce” w dniach 19 stycznia i 13 kwietnia 2016 roku, zwieńczone uchwaleniem rezolucji wymierzonej w nasze państwo. W wymienione działania wpisuje się również rzekomo niezależna Komisja Wenecka, która wydała 12 marca 2016 roku nieprzychylną dla Polski opinię, jak również zakulisowe naciski ze strony amerykańskiej administracji. Bez wątpienia polityczny podtekst mają także nierzetelne oceny agencji ratingowej, nieuwzględniające faktycznej kondycji naszej gospodarki i finansów publicznych, a będące formą szantażu, który ma na celu umożliwienie dalszego nieskrępowanego wyzysku ekonomicznego Polski przez obcy kapitał i międzynarodową finansjerę. W przeciwieństwie do pustosłowia unijnych manifestów, które nie muszą się przełożyć na sytuację wewnętrzną w Polsce, oceny agencji ratingowych uderzają wprost w polskie finanse, obniżając naszą atrakcyjność gospodarczą oraz doprowadzając do osłabienia kursu złotego i podwyższenia kosztów obsługi długu zagranicznego. Takimi właśnie niegodziwymi metodami międzynarodowi lichwiarze zamierzają zabezpieczyć swoje interesy kosztem polskiego budżetu i podatnika. Dochodzi do tego zmasowany atak antypolskiej propagandy, która mając swoje źródła we wpływowych środowiskach politycznych i finansowych, próbuje przedstawić nasz kraj w jak najgorszych barwach. W ten sposób chcą oni zdyscyplinować „niepokornych” Polaków, aby posłusznie maszerowali w stronę „upragnionego raju”, czyli nowego federacyjnego imperium, które miałoby powstać na gruzach europejskich państw narodowych.

Pomijając szczegółowe aspekty konfliktu, który stał się dla brukselskich technokratów dogodnym pretekstem do ingerencji w nasze sprawy wewnętrzne, należy podkreślić haniebną rolę niektórych krajowych polityków, którzy ze szkodzenia Polsce uczynili sobie podstawę swojej aktywności. Wynoszenie polskich spraw na forum zagraniczne i przysparzanie naszemu państwu kłopotów jest postępowaniem karygodnym. Przypomina bowiem najgorsze momenty w naszych dziejach, gdy targowiczanie czy komunistyczni renegaci, broniąc swoich synekur i przywilejów, zabiegali o obcą interwencję w Petersburgu i Moskwie. Teraz prominentni politycy upadłej koalicji jeżdżą do Brukseli i uczestniczą w antypolskiej nagonce, co budzi uzasadnione oburzenie naszego społeczeństwa. Narastający w Polsce konflikt świadczy o braku dobrej woli i złej kondycji moralnej krajowego establishmentu, ale nie upoważnia żadnej z opcji politycznych do wynoszenia naszych problemów na zewnątrz, ponieważ podkopuje to pozycję Polski na arenie międzynarodowej i naraża nas na niepotrzebne reperkusje.

Liga Obrony Suwerenności zdecydowanie odrzuca nieuprawnioną i niedopuszczalną ingerencję w sprawy wewnętrzne Państwa Polskiego, naruszającą jego podmiotowość i świadczącą dobitnie o zamiarze narzucenia naszemu krajowi jarzma obcej dominacji. Uważamy, że Unia Europejska powinna się zająć kryzysem migracyjnym, który wywołała swoją nieodpowiedzialną polityką, a nie stwarzać sztuczne problemy w relacjach z Polską. Dlatego domagamy się od polskich władz zdecydowanej i nieugiętej postawy wobec nacisków i szantaży ze strony czynników zagranicznych. Potępiamy także niegodziwe postępowanie tych polityków, którzy zabiegają o obcą ingerencję i zagraniczny arbitraż, co czynią pod szumnymi hasłami obrony demokracji i praworządności, a w istocie motywuje ich do tego prywata i chęć zachowania uprzywilejowanej pozycji społecznej. Realizowanie osobistego interesu kosztem dobra publicznego jest czynem wysoce niemoralnym i karygodnym, zasługującym na najwyższe potępienie. Dlatego osobników, którzy się tego dopuszczają trzeba eliminować ze świata polityki i poddawać ostracyzmowi społecznemu.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że rozwiązania naszych własnych problemów należy poszukiwać w kraju, a nie wynosić je na forum międzynarodowe. W związku z tym domagamy się zaprzestania dalszego eskalowania konfliktu i przyjęcia przez zwaśnione strony takich rozwiązań, które będą zgodne z najlepiej pojętym interesem Narodu i Państwa Polskiego.

Gdańsk, dn. 25 kwietnia 2016 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki

0

W sprawie kryzysu migracyjnego w Europie.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie kryzysu migracyjnego w Europie.

Wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie pokazały, że Unia Europejska nie radzi sobie z wyzwaniem, jakim jest masowy napływ do Europy ludności z Afryki i Bliskiego Wschodu. Wielomilionowa skala tego exodusu może być porównywalna jedynie z przemieszczeniami ludności po zakończeniu II wojny światowej lub z wielką wędrówką ludów barbarzyńskich, która w starożytności przyczyniła się do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Wiele wskazuje na to, że proces ten, podobnie jak w przeszłości, może radykalnie odmienić oblicze Europy i doprowadzić do głębokich zmian struktury etnicznej na dużych obszarach naszego kontynentu. W konsekwencji osiedlenia się w Europie milionów ludzi wywodzących się z obcej i wrogiej nam cywilizacji islamskiej, nastąpi wzrost zagrożenia przestępczością i terroryzmem, jak również upadek naszych europejskich wartości i kultury. Proces ten doprowadzi Europejczyków nie tylko do ruiny ekonomicznej i socjalnej, lecz przede wszystkim zdewastuje nasz dotychczasowy styl życia, którego, jak pokazują wieloletnie doświadczenia państw zachodnich, obcy nam przybysze w ogóle nie akceptują.

Wiele przyczyn złożyło się na powstanie tego zagrożenia, a jedną z ważniejszych jest znaczny wzrost populacji ludów zamieszkujących Afrykę i Bliski Wschód oraz towarzyszące temu zjawisku kurczenie się lokalnych zasobów i ubożenie wielkich mas ludności, a także powiększające się rozwarstwienie społeczne. Z jednej strony mamy do czynienia ze skrajną nędzą przeważającej części tamtejszych społeczeństw, z drugiej zaś z życiem w nadmiernym luksusie i przepychu wąskich elit. Dotyczy to w szczególności krajów zarabiających ogromne sumy na handlu ropą naftową i turystyce, które zamiast służyć rozwiązywaniu problemów w regionie, wydawane są na zbrojenia i utrzymanie zachłannych szejków. Kolejnym problemem jest postępująca w ostatnich latach destabilizacja tamtego regionu, której przyczyn należy doszukiwać się w aktywności islamskich radykałów, organizujących wystąpienia rewolucyjne w stylu „Arabskiej Wiosny Ludów” oraz inspirujących najohydniejsze zamachy terrorystyczne. Powszechnie wiadomo, że zbrodnicze formacje, takie jak ISIS czy Al-Kaida, wspierane są przez państwa muzułmańskie i wpływowe środowiska islamskie. Niebagatelną przyczyną jest również rywalizacja globalnych i regionalnych mocarstw, która na tamtym terenie przybrała bardzo brutalną formę, a ich sprzeczne interesy doprowadziły do zdemolowania dotychczasowej względnej równowagi sił. Wsparcie polityczne, finansowe i militarne udzielane z wielką hojnością wszelakiej maści rebeliantom, w konsekwencji doprowadziło do obalenia lokalnych reżimów, które nie cechowały się łagodnością wobec swoich obywateli, lecz za to były przewidywalne i utrzymywały w ryzach islamskich rzezimieszków. Czas pokazał, że miejsce po obalonych dyktatorach zajęli krwiożerczy dżihadyści, którzy rozpętali na wielką skalę terror, wprowadzili na zajętych terenach prymitywne prawo szariatu, wypędzili z domów miliony ludzi i przenieśli wojnę do centrum Europy.

W takiej sytuacji nieodpowiedzialna polityka Unii Europejskiej i odgrywających w jej ramach największą rolę Niemiec, musi się jawić jako szaleństwo lub zdrada pozostałych państw członkowskich, co wiedzie Europejczyków wprost do zbiorowego samobójstwa. Nie można bowiem inaczej nazwać zaproszenia do Europy przez kanclerz Angelę Merkel milionów imigrantów, których często trudno nazwać uchodźcami. Stanowią oni w przytłaczającej większości zbiorowisko młodych i rozwydrzonych mężczyzn, którzy przybywają do nas przeważnie po to, aby zaznać lepszego i wygodniejszego życia na koszt europejskiego podatnika. Nie garną się do pracy, lecz wyciągają ręce po zasiłki socjalne. Nie chcą się też integrować, tylko narzucić nam swój styl życia, a gospodarzom okazują całkowitą pogardę, o czym najdobitniej świadczy masowa skala kradzieży, rozbojów i przestępstw na tle seksualnym, których się dopuszczają w wielu europejskich miastach. Polityka multikulturalizmu wprowadzana na siłę przez środowiska lewicowe i liberalne w Zachodniej Europie poniosła całkowitą klęskę, a jej pokłosiem są znajdujące się we wszystkich większych miastach muzułmańskie enklawy, które stanowią wylęgarnię przestępców i terrorystów. Świadczą o tym tysiące najemników walczących w szeregach ISIS, rekrutujących się spośród rzekomo zasymilowanych europejskich muzułmanów, a także coraz większa liczba zamachów dokonywanych przez nich na terenie państw europejskich, w których zamieszkują. Z takim wrogiem trudno jest walczyć, bo jest w praktyce naszym sąsiadem. Dlatego godnym potępienia jest szerokie otwarcie drzwi dla kolejnych milionów przybyszów, którzy zasilą szeregi zradykalizowanych islamistów, dążących do przejęcia panowania nad Europą. 

Wzrostowi zagrożenia towarzyszy jednocześnie porażająca bezradność unijnych instytucji, które najpierw presją i szantażem wymusiły wpuszczenie ogromnej fali imigrantów w granice UE, a teraz próbują narzucić państwom członkowskim przyjęcie zasady automatycznej relokacji tych przybyszów, według odgórnie ustalanego rozdzielnika. Wiele wskazuje na to, że takie postępowanie jest elementem planu, który ma na celu złamanie oporu państw narodowych i narzucenie im nowych rozwiązań, mających doprowadzić do przyspieszenia procesów integracyjnych, czego efektem będzie przejęcie pełni władzy przez decydentów z Brukseli, marzących o przekształceniu Unii Europejskiej w państwo federacyjne. Sprowadzenie na Europę inwazji obcych przybyszów, którzy naruszą bądź zniszczą dotychczasowe status quo we wszystkich aspektach naszego życia społecznego, może być dogodnym pretekstem, aby postawić fałszywą tezę, że państwa członkowskie nie są w stanie samodzielnie poradzić sobie z taką skalą problemów, a dotychczasowe uprawnienia unijnych technokratów są do tego niewystarczające. Dlatego brukselscy komisarze zamierzają sięgnąć po prerogatywy pozostające do tej pory w gestii państw narodowych, a dotyczy to przede wszystkim ochrony granic zewnętrznych Unii. Domagają się bowiem utworzenia europejskiej straży granicznej, która wbrew woli poszczególnych krajów mogłaby przejmować kontrolę nad ich granicami, co w jawny sposób naruszałoby suwerenność tych państw. Prawda wygląda jednak inaczej, niż ją przedstawia unijna propaganda, ponieważ przykład węgierski wyraźnie pokazuje, że przy odpowiedzialnej i zdecydowanej postawie władz tego państwa, można było powstrzymać napływ imigrantów i zabezpieczyć społeczeństwo przed negatywnymi następstwami szkodliwej polityki unijnej.

Unia Europejska, poza szykanami i szantażowaniem państw członkowskich, które nie chcą się ugiąć przed jej dyktatem, nie ma do zaoferowania żadnego rozwiązania. Nie można przecież uznać za zbawienną kapitulację przed szantażem ze strony Turcji, która ma znaczny udział w destabilizacji Bliskiego Wschodu, gdzie próbuje realizować swoje interesy, kosztem całego otoczenia międzynarodowego, a wszystko to czyni pod parasolem ochronnym NATO i za pieniądze z Brukseli. Turcy nie bez podstaw oskarżani są o to, że wspierają ISIS i inne organizacje terrorystyczne w różnych zakątkach świata, a ich udział w interwencji na terenie Syrii i Iraku sprowadza się głównie do zwalczania Kurdów i dokonywania czystek etnicznych na terenach przygranicznych. Nie budzi też wątpliwości, że masowy exodus imigrantów do Europy ma wszelkie cechy zorganizowanego procederu, który nie byłby możliwy, gdyby nie przyzwolenie i wsparcie ze strony tureckich służb. Dlatego musi napawać niepokojem bliskie partnerstwo Niemiec i Turcji w „zarządzaniu kryzysem migracyjnym”. Nie można być bowiem przekonanym o szczerości intencji Ankary, która, w zamian za 3 mld euro i przyspieszenie negocjacji w sprawie członkostwa w UE, zobowiązała się do wdrożenia konkretnych działań w celu uszczelnienia swoich granic, powstrzymania fali imigrantów i skutecznego zwalczania przemytu. O tym jednak, że są to puste deklaracje świadczą brutalne fakty, ponieważ pomimo zimy, która tylko nieznacznie zmniejszyła skalę migracji, do samej Grecji codziennie dociera nawet 2 tys. osób. Turcy nie robią praktycznie nic, aby ograniczyć rozmiary tego exodusu i nie podejmują walki z przemytnikami na Morzu Egejskim, którzy nawet przy silnym wietrze i niskich temperaturach wsadzają ludzi do przepełnionych łodzi i wysyłają w morze. W świetle przytoczonych faktów można więc uznać, że polityka uległości wobec Turcji realizowana przez Berlin i Brukselę jest ślepą uliczką, która doprowadzi do pogorszenia się naszej sytuacji, ponieważ po przyjęciu tego państwa do Unii, z jego prawie osiemdziesięciomilionową społecznością muzułmańską, może się ono stać dla nas przysłowiowym „koniem trojańskim”.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że dla rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie należy podjąć zdecydowane działania, mające na celu zmianę dotychczasowej polityki Unii Europejskiej, której zadaniem powinno być zapewnienie Europejczykom prawdziwej „przestrzeni wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości”, przy jednoczesnym poszanowaniu suwerenności państw narodowych. Musi temu towarzyszyć rezygnacja przez instytucje unijne z dążenia do narzucenia narodom europejskim zbankrutowanego multikulturalizmu, który, w imię fałszywie definiowanego humanitaryzmu, niszczy podstawy ich funkcjonowania. Unia Europejska nie ma prawa utrudniać lub zabraniać wolnym i dumnym narodom Europy podejmowania działań na rzecz ochrony wolności, majątku i stylu ich życia, przed zagrożeniami wynikającymi z masowego napływu obcych kulturowo przybyszów. Dlatego należy niezwłocznie zabezpieczyć i uszczelnić zewnętrzne granice UE, do czego niezbędne jest zastosowanie podobnych środków jakie przedsięwzięli Węgrzy oraz wyasygnowanie na ten cel odpowiednich funduszy z unijnego budżetu. W gestii Agencji Frontex leży natomiast udzielenie efektywnego wsparcia państwom członkowskim, a także skuteczne zwalczanie przemytu ludzi w basenie Morza Śródziemnego. Uszczelnienie granic i traktowanie z całą surowością prawa osób, które próbują je nielegalnie przekroczyć, w połączeniu z akcją informacyjną prowadzoną w krajach skąd rekrutują się imigranci, powinno przynieść oczekiwane rezultaty. Z Europy musi wyjść wyraźny komunikat, że więcej uchodźców ani tym bardziej imigrantów nie przyjmiemy, a wszystkich, którzy zignorują to ostrzeżenie będziemy traktować jak nieproszonych intruzów. W poczuciu odpowiedzialności za los Europy, trzeba również ukrócić wybryki tych polityków, którzy swoim postępowaniem sprowadzili na nas te kłopoty. Jeśli zaś chodzi o rozwiązanie problemu osób znajdujących się już na obszarze Unii, to naszym zdaniem należy dokonać ich niezwłocznej identyfikacji oraz deportować wszystkich imigrantów ekonomicznych, którym nie przysługuje status uchodźcy. Deportacji powinni podlegać także osobnicy, którzy zamieszani są w działalność terrorystyczną lub dokonali jakichkolwiek przestępstw podczas pobytu w Europie. Pomoc udzielana zweryfikowanym uchodźcom może trwać jedynie do momentu, gdy będą oni mogli bezpiecznie powrócić do swoich krajów. Doraźny charakter tej pomocy powinien wykluczać powiększanie liczby uchodźców poprzez udzielanie zgody na sprowadzanie kolejnych członków ich rodzin oraz doprowadzić do rezygnacji z prowadzenia kosztownych i nieskutecznych działań integracyjnych. Wszelkie koszty wynikające z udzielenia tymczasowego schronienia uchodźcom powinny być pokrywane z funduszy unijnych, a państw członkowskich, które nie chcą ich przyjąć na swoje terytorium nie powinno się do tego zmuszać.

Liga Obrony Suwerenności zdaje sobie sprawę z tego, że proponowane działania mają charakter doraźny, służący rozwiązaniu bieżącego kryzysu migracyjnego, ale są one niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom Europy. W celu uniknięcia w przyszłości podobnych problemów należy podjąć działania o charakterze długofalowym. Jednym z nich może być wywarcie skutecznej presji na kraje muzułmańskie, aby uzyskać ich większe zaangażowanie w pomoc uchodźcom przebywającym w państwach sąsiadujących z terenami objętymi działaniami wojennymi, ale przede wszystkim trzeba na nich wymóc zaprzestanie współpracy z organizacjami terrorystycznymi. Świat muzułmański musi wziąć większą odpowiedzialność za rozwiązywanie konfliktów w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, a nie tylko czerpać zyski ze współpracy gospodarczej z Zachodem. Przywrócenie ładu i pokoju w tamtym regionie wymaga też większej rozwagi, odpowiedzialności i współpracy ze strony mocarstw dokonujących interwencji, aby cały świat nie musiał ponosić konsekwencji ich awanturniczej polityki. Dlatego rozwiązania trwających tam konfliktów powinno się poszukiwać na forum ONZ, a nie w narastającej rywalizacji militarnych potęg. Potrzebna jest efektywna pomoc materialna, kierowana za pośrednictwem organizacji humanitarnych wprost do uchodźców, zamiast dostarczanego stronom walczącym najnowocześniejszego uzbrojenia, które przeważnie wpada w ręce zbrodniarzy z ISIS.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że Polska nie ponosi odpowiedzialności za wywołanie kryzysu migracyjnego w Europie. Dlatego nie powinniśmy przyjmować na swoje terytorium imigrantów ani uchodźców, którzy i tak nie mają zamiaru u nas pozostać, ponieważ celem ich wędrówki są bogatsze od nas kraje Zachodniej Europy. Obowiązkiem polskich władz jest obrona naszej suwerenności i zapewnienie bezpieczeństwa Polakom, którzy mają prawo do zachowania własnego stylu życia oraz pielęgnowania swojej kultury, religii i tradycji, a jednorodny charakter Państwa Polskiego jest wielką wartością i źródłem naszej siły. W związku z tym należy zawetować wszelkie próby narzucenia Polsce przez Unię Europejską jakichkolwiek kontyngentów w ramach przymusowej relokacji uchodźców. Udział naszego kraju w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego powinien polegać na aktywnej akcji dyplomatycznej, która miałaby na celu zmianę polityki unijnej na racjonalną i efektywną oraz na udzieleniu pomocy państwom borykającym się z falą masowej migracji, a także na wsparciu wszelkimi możliwymi środkami akcji uszczelnienia zewnętrznych granic Unii. Oczekujemy więc od polskich władz zdecydowanej i odpowiedzialnej postawy, która zagwarantuje bezpieczną egzystencję polskiemu społeczeństwu, a także umożliwi uregulowanie wstydliwego długu wobec rodaków mieszkających na terenach byłego Związku Sowieckiego i tych Polaków, którzy w ostatnim czasie zmuszeni byli do poszukiwania pracy za granicą. Priorytetem dla nas powinna być repatriacja osób polskiego pochodzenia, które w wyniku represji ze strony sowieckiego reżimu zostały przesiedlone w głąb ZSRS oraz ich potomków, co byłoby zadośćuczynieniem za cierpienia jakich doznali. Rozwiązaniem problemów demograficznych jest natomiast stałe działanie na rzecz zwiększenia dzietności polskich rodzin i stworzenie warunków do powrotu dla milionów polskich emigrantów ekonomicznych, a nie naturalizacja obcych nam cywilizacyjnie przybyszów.

Gdańsk, dn. 29 stycznia 2016 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki 

0

W sprawie dyskryminacji polskiego szkolnictwa na Litwie.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie dyskryminacji polskiego szkolnictwa na Litwie. 

2 września 2015 roku w wielu polskich szkołach na Wileńszczyźnie miał miejsce „strajk pustych ławek”, który symbolicznie nawiązywał do strajku polskich dzieci we Wrześni w 1901 roku. Istnieje wiele podobieństw pomiędzy sytuacją Polaków prześladowanych w zaborze pruskim i aktualnym położeniem naszych rodaków na Litwie. Wspólnym mianownikiem dawnych poczynań Niemców, jak i obecnych działań Litwinów, jest brutalna depolonizacja terenów przez nich administrowanych, a jednym z ważniejszych elementów prowadzonej akcji wynaradawiającej jest ograniczenie dostępu do edukacji w języku ojczystym.

Teoretycznie sytuacja polskiego szkolnictwa na Litwie wydaje się być dobrą. W zeszłym roku szkolnym w 67 naszych placówkach oświatowych naukę pobierało ponad 10 tys. dzieci. Podobna sytuacja nie ma miejsca w jakimkolwiek obcym państwie, gdzie zamieszkują Polacy. W praktyce jednak w żadnym innym kraju polska mniejszość nie jest zwalczana z taką zaciętością. Duża liczba polskich szkół wynika zaś z faktu, że Polacy stanowią około 10% ogółu obywateli Litwy. Sytuacja Polaków w tym kraju nie jest symetryczna w stosunku do położenia Litwinów w Polsce, którzy choć stanowią zaledwie 0,02% obywateli naszego państwa, to korzystają z wszelkich możliwych przywilejów, takich jak: nauka w języku ojczystym, dotacje do litewskojęzycznych mediów, możliwość używania języka litewskiego w urzędach, czy też umieszczanie dwujęzycznych tablic z nazwami miejscowości, w których stanowią oni większość mieszkańców. Wszystko to gwarantują dwustronne układy zawarte pomiędzy Polską i Litwą oraz obecność obu państw w Unii Europejskiej. Niestety Polacy żyjący na Litwie mogą jedynie pomarzyć o podobnych przywilejach, a w wyniku zamierzonych działań administracyjno-prawnych może dojść do zamknięcia funkcjonujących tam polskich szkół. Kością niezgody jest bowiem ustawa o szkolnictwie z 2011 roku, której odwołania żądają nasi rodacy, domagając się przywrócenia obowiązkowego egzaminu maturalnego z języka polskiego, rezygnacji z ujednolicenia egzaminu z języka litewskiego oraz zwiększenia dotacji dla szkół mniejszości narodowych. Ich położenie stało się już na tyle uciążliwe, że oburzeni obojętnością zarówno władz Litwy, jak i Polski, ogłosili bezterminowe pogotowie strajkowe. Jeżeli w najbliższym czasie nie dojdzie do konkretnych rozmów z przedstawicielami państwa litewskiego, to może się ono przerodzić nawet w strajk generalny, co dodatkowo zaogniłoby napięte stosunki polsko-litewskie, zwłaszcza, że Litwini wykazują gotowość do zastosowania wobec mniejszości polskiej rozwiązań siłowych.

W związku z zaistniałą sytuacją Liga Obrony Suwerenności wzywa władze litewskie do respektowania praw Polaków mieszkających na terytorium państwa litewskiego. Jednocześnie domagamy się od polskiego rządu podjęcia niezwłocznych działań mających na celu polepszenie położenia naszych rodaków żyjących na Litwie. Uważamy, że w przypadku dalszego eskalowania konfliktu przez Litwinów, należy ograniczyć przywileje mniejszości litewskiej w Polsce oraz zaprzestać patrolowania przestrzeni powietrznej Republiki Litewskiej przez polskie lotnictwo. W obliczu lekceważenia Polski i Polaków przez litewskich polityków, jedynie zdecydowane działania mogą pomóc naszym rodakom, którzy przecież nie z własnej winy przestali być obywatelami Polski.

Gdańsk, dn. 7 października 2015 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki

0

W sprawie koalicji zawartej z Ruchem Autonomii Śląska w Sejmiku Śląskim.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie koalicji zawartej z Ruchem Autonomii Śląska w Sejmiku Śląskim.

22 czerwca 2015 roku Ruch Autonomii Śląska dołączył do koalicji PO, PSL i SLD rządzącej w Sejmiku Śląskim, a przedstawiciel tej organizacji – Henryk Mercik, został wybrany na członka zarządu województwa. Od tego momentu śląscy separatyści mają bezpośredni wpływ m.in. na sprawy edukacji i oświaty, mogą więc bez przeszkód głosić swoje antypolskie poglądy na terenie całego województwa śląskiego. Liderzy RAŚ deklarują, że dzięki zawartej umowie koalicyjnej chcą przeforsować w sejmiku projekt podręcznika edukacji regionalnej. W parlamencie zamierzają natomiast załatwić nowelizację ustawy o mniejszościach, polegającą na dopisaniu do niej śląskiej mniejszości etnicznej, co miałoby umożliwić uznanie gwary śląskiej za język regionalny. Wspierany przez RAŚ projekt nowelizacji tej ustawy trafił do Sejmu w lipcu 2014 roku, a w październiku posłowie zgodzili się na dalsze prace nad nim. Widać więc, że dopuszczenie separatystów do współrządzenia województwem śląskim otwiera im drogę do prowadzenia działalności, która może przyczynić się do zantagonizowania ludności tego regionu oraz wzmocnienia tendencji odśrodkowych prowadzących do osłabienia integralności Państwa Polskiego.

Współpraca PO i PSL z separatystami ma dłuższą historię, bowiem partie te, po raz pierwszy, zawarły z nimi koalicję w Sejmiku Śląskim w 2010 roku, która została zerwana w trzy lata później, w związku z brakiem zgody na przejęcie przez działaczy RAŚ kontroli nad Muzeum Śląskim. Reaktywację koalicji w obecnej kadencji sejmiku, lider śląskiej PO – poseł Tomasz Tomczykiewicz tłumaczy potrzebą, „aby jak najwięcej radnych współuczestniczyło w tworzeniu dobrego klimatu przede wszystkim do wydawania środków unijnych”. Zawarto więc polityczny układ z antypolskim ugrupowaniem, aby móc skuteczniej dokonać podziału łupów między lokalnych baronów partyjnych. Decyzji tej nie można tłumaczyć koniecznością zapewnienia stabilnej większości, ponieważ ubiegłoroczne wybory do 45-osobowego Sejmiku Śląskiego wygrała PO, zdobywając 17 mandatów. PiS przypadło 16 mandatów, PSL – 5, RAŚ – 4, a SLD – 3. Koalicja dysponowała więc aż 25 głosami, co dawało jej 9 głosów przewagi nad opozycyjnym PiS. Zawarcie umowy z RAŚ jest natomiast w pełni zrozumiałe, gdy weźmie się pod uwagę, że w rządzącej Platformie Obywatelskiej znajduje się wielu prominentnych polityków, którzy są czynnie zaangażowani w działalność lub wsparcie dla ruchów separatystycznych. Widać więc, że PO tracąc poparcie społeczne, za cenę uwiarygodnienia separatystów w oczach opinii publicznej i poczynienia na ich rzecz niebezpiecznych ustępstw, chce pozyskać głosy elektoratu RAŚ w jesiennych wyborach.

Liga Obrony Suwerenności od wielu lat prowadzi konsekwentną walkę z wszelkimi przejawami separatyzmu, zagrażającymi integralności Państwa Polskiego. Dlatego z wielkim oburzeniem przyjęliśmy wiadomość o ponownym zawarciu koalicji z RAŚ w Sejmiku Śląskim. Antypolską działalność śląskich separatystów uważamy za niebezpieczną dla polskich interesów narodowych, a postawę prominentów z PO i PSL za godną najwyższego potępienia. W naszej opinii nie ma takich przesłanek, które mogłyby uzasadnić narażenie na niebezpieczeństwo interesów i integralności Rzeczypospolitej, tym bardziej nie może być usprawiedliwieniem doraźny interes lokalnej sitwy. Separatyzm należy bezwzględnie zwalczać, a polityków, którzy sprzyjają rozwojowi takich tendencji należy objąć ostracyzmem społecznym. Dlatego wzywamy wszystkich Polaków, którym los naszej Ojczyzny nie jest obojętny, aby włączali się aktywnie do walki z rosnącym w siłę separatyzmem na Śląsku oraz z rujnującymi nasze państwo szkodnikami z rządzącej koalicji PO-PSL.

Gdańsk, dn. 10 lipca 2015 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki

0

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką Prywatności. Jeśli chcesz
kontynuować, udziel zgody na użycie cookie.

Polityka prywatności:
Liga Obrony Suwerenności – administrator strony internetowej www.lospolski.pl odpowiada za przetwarzanie Twoich danych osobowych. Dane osobowe oznaczają informacje o zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osobie fizycznej. Przykładowo mogą to być: adres e-mail użytkownika strony internetowej, numer IP komputera użytkownika lub inne dane, które użytkownik przekazuje administratorowi tej strony, np. poprzez formularze zamieszczone na stronie. Informujemy, że zbieramy i przetwarzamy dane osobowe użytkowników strony internetowej www.lospolski.pl
Powierzone nam dane osobowe są bezpieczne. Zobowiązujemy się do ich wykorzystania zgodnie z przepisami ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002r. nr 101 poz. 926 z późn. zm.) („Ustawa” ) oraz zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) („RODO”). Liga Obrony Suwerenności jest podmiotem, który będzie przechowywać Twoje dane osobowe i korzystać z nich wyłącznie w celach na które się zgodziłeś. Liga Obrony Suwerenności dostępna jest pod adresem:

80-308 Gdańsk ul. Wita Stwosza 73 p. 1/2 oraz pod adresem mailowym:
lospolski@lospolski.pl i numerem telefonu: 501 813 770. Osobą zajmującą się danymi osobowymi jest Pan Wojciech Podjacki, z którym możesz skontaktować się pod wskazanym adresem mailowym. W sprawach związanych z Twoimi danymi możesz kontaktować się z nami poprzez wysłanie maila właśnie na adres: lospolski@lospolski.pl. Adres ten służy temu, abyś mógł z nami kontaktować się w sprawie swoich danych oraz abyś mógł realizować swoje prawa związane z udostępnionymi nam danymi. Masz prawo do żądania od nas dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia ich przetwarzania.