Pogrzeb Helmuta Kohla

Nowa, świecka tradycja

Niedawno byliśmy świadkami narodzin „nowej, świeckiej tradycji”, trochę przypominającej socrealistyczne sceny rodem z PRL-u. Chodzi oczywiście o ceremonię pogrzebową Helmuta Kohla, która podobno zgodnie z ostatnią wolą zmarłego odbyła się według jego scenariusza. Zanim więc ciało kanclerza spoczęło na cmentarzu w Spirze, najpierw urządzono świecką uroczystość w Strasburgu, nazwaną „aktem europejskim”, którym przedstawiciele światowej „elity” pożegnali „honorowego obywatela Europy” i „ojca zjednoczenia Niemiec”. Była to pierwsza tego typu ceremonia o charakterze ponadnarodowym ku czci zmarłego polityka, ale zapewne nie ostatnia. Dlatego już dziś możemy mówić o kształtowaniu się nowego obyczaju funeralnego, który w założeniu pomysłodawców ma być „manifestem europejskich wartości”.

Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że jaka Unia, takie wartości i taki też „nieśmiertelny bohater”, o którym Angela Merkel powiedziała, że „ucieleśnia całą Europę”. Wygłosiła także nad jego trumną osobiste wyznanie: – „Drogi kanclerzu, to że mogę przemawiać w tym miejscu jest też twoją zasługą. Dziękuję za szansę, którą mi dałeś”. Nie jest tajemnicą, że Angela była niegdyś ulubienicą i protegowaną „kanclerza zjednoczenia”, ale po ujawnieniu jego przekrętów finansowych, jako pierwsza dała sygnał do egzekucji wzywając publicznie chadeków do „zakończenia ery Kohla”. Dlatego nie może dziwić, że ujawnił on w szczerej rozmowie z dziennikarzem Heribertem Schwanem, jak to Merkel na początku swojej kariery: „Nie potrafiła nawet jeść nożem i widelcem. Podczas kolacji z udziałem głów państw snuła się po kątach i bez przerwy musiał ją upominać”.

Pogrzeb Kohla stał się okazją do wygłoszenia politycznych oracji o konieczności pogłębienia integracji europejskiej i wyciągnięcia Unii ze stanu zapaści. Warto więc przypomnieć, że obecny kryzys jest w głównej mierze „zasługą” Angeli Merkel, określanej mianem „cesarzowej” Europy, a także wielu innych „znamienitych” gości, którzy zjechali się tłumnie do Strasburga. Nie ma sensu wymieniać wszystkich żałobników, wśród których aż się roiło od znanych polityków. Chcę tylko odnotować, że zjawił się tam także prezydent Andrzej Duda, który stwierdził, że: „Kanclerz Kohl był wielkim człowiekiem i politykiem, który wpłynął na kształt współczesnej Europy, w tym relacji polsko-niemieckich opartych na wzajemnym szacunku i potrzebnym partnerstwie”. W kontekście wypowiedzi pierwszego obywatela Rzeczypospolitej można by przytoczyć wiele cierpkich uwag na temat rzekomego „partnerstwa” i „szacunku” w naszych relacjach z Niemcami, które, co widać na co dzień, traktują Polskę jak swojego wasala, oczekując jedynie złożenia hołdu lennego. No cóż, w tej materii od wieków nic się nie zmieniło, tylko formy uzależnienia są nieco inne…

Jednym z mistrzów ceremonii, czy może raczej nekromantów, był szef Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani, który przywołując ducha zmarłego kanclerza podkreślił, że zgromadzeni żegnają „giganta politycznego, zdolnego słuchać obywateli i patrzeć poza horyzont”, a także „bojownika o wolność i demokrację, bohatera zjednoczenia naszego kontynentu”, który „poświęcił całe życie na rzecz nowego renesansu europejskiego”. Dodał również, że dla Kohla zjednoczenie oznaczało nie „niemiecką Europę”, lecz „bardziej europejskie Niemcy”. Do tego wątku nawiązał także Jean-Claude Juncker, który powiedział, że Kohl „był kimś, kto stał się pomnikiem i przed tym pomnikiem kładzione będą kwiaty niemieckie i europejskie” oraz że był „patriotą Niemiec i Europy”, w czym nie widzi on żadnej sprzeczności. Obaj mówcy byli zapewne oczadzeni wonią unijnych kadzideł, bo nie zauważyli dysonansu występującego między ich wypowiedziami a scenami, które obserwowaliśmy w telewizji. Widzieliśmy przecież na własne oczy jak trumnę ze zwłokami Kohla, okrytą unijną flagą, przy dźwiękach marszu pogrzebowego Haendla, wnosiło na salę posiedzeń PE ośmiu żołnierzy Bundeswehry. Nie zrobili tego unijni urzędnicy, czy też oddani mu politycy, lecz właśnie żołnierze armii niemieckiej, którzy towarzysząc zmarłemu w jego ostatniej podróży statkiem w górę Renu, zadbali już o to, aby trumna była przykryta właściwą dla każdego niemieckiego patrioty flagą RFN.

Mowy pożegnalne wygłosili także inni politycy, a swoje pięć minut miał również Donald Tusk, który podkreślił zrozumienie Kohla dla „wolnościowych zrywów w Europie Środkowo-Wschodniej”, choć powinien raczej wspomnieć o hojności kanclerza dla jego partii KLD, która została przecież założona za niemieckie pieniądze. Na pogrzebie był też premier Dmitrij Miedwiediew, który rozwodził się na temat roli Związku Sowieckiego w procesie zjednoczenia Niemiec, zaznaczając, że „na tej drodze Rosja zawsze była dla Kohla dobrym partnerem”. Wypada więc dodać, że państwo rosyjskie w dalszym ciągu ma doskonałe relacje z Niemcami, pomimo nałożonych sankcji, co niewątpliwie zawdzięcza staraniom byłego kanclerza Gerharda Schrödera zatrudnionego przez konsorcjum budujące rurociąg Nord Stream. Kohl miał więc rację mówiąc o swoim następcy, że: – „Nic z niego nie będzie. Za kilka lat pójdzie za dużą kasą”.

Jednak najbardziej wzruszające przemówienie wygłosił Bill Clinton, który stwierdził: – „Kochałem tego gościa, bo jego apetyt nie kończył się na jedzeniu. Sięgał znacznie dalej. […] Kohl kochał być Niemcem […], ale on chciał świata, gdzie granice będą siecią, a nie murami”. Przyznać trzeba, że ciekawie ujął stosunek kanclerza do otaczającej go rzeczywistości i nie mylił się w tym, że znaczna część Europy nie jest już poprzedzielana murami, ale za to Niemcy rozciągnęły sieć dominacji ekonomicznej i politycznej, w którą wpadają ich naiwne ofiary. Serdeczny ton wypowiedzi Clintona dowodzi, że chyba się zbytnio nie przejął tym, co Kohl o nim myślał, gdy komentował jego romans z Moniką Lewinsky, twierdząc, że Bill zamiast sytuacją w Bośni „interesował się wyłącznie majstrowaniem przy jej majtkach, aż w końcu cały świat interesował się tylko tymi majtkami”.

Helmuta Kohla w ostatnich latach jego doczesnej wędrówki otaczała atmosfera skandalu, czego przyczyną stała się nadmierna szczerość w rozmowach z Heribertem Schwanem, który wbrew jego woli opublikował pikantne szczegóły z życia politycznych „elit”, za co sąd w Kolonii nałożył na „niedyskretnego” dziennikarza grzywnę w wysokości miliona euro. Opinię publiczną bulwersowało także żenujące zachowanie drugiej żony kanclerza, która podobno wiele lat przed ich ślubem „polowała” na Kohla, a „potem z premedytacją izolowała go, kontrolowała całe jego życie i doprowadziła do tego, że zerwał on wszystkie dawne kontakty: z synami, przyjaciółmi i zaufanymi ludźmi”. Groziła też wezwaniem policji, gdyby któryś z synów chciał się zbliżyć do ich domu, twierdząc, że: „W nowej rodzinie nie ma miejsca dla dawnej”. Synowi Kohla – Walterowi, który po śmierci ojca pojawił się z dwójką dzieci przed rodzinnym domem nie pozwolono pożegnać zmarłego, przypominając mu, że „obowiązuje go zakaz wstępu na teren posiadłości”. W opinii wielu dziennikarzy rola Maike Kohl-Richter jest „podejrzana i nieprzejrzysta”, bowiem chce ona mieć „wyłączną kontrolę nad upamiętnieniem i polityczno-historycznym dziedzictwem Kohla”. To jej właśnie przypisuje się pomysł zaproszenia na pogrzeb premiera Rosji, z którą Unia jest obecnie w stanie konfliktu. Podejrzana jest również jej determinacja w ukrywaniu „taśm prawdy” nagranych przez Schwana i dążenie do zupełnej izolacji byłego kanclerza, tak aby przed śmiercią niczego już więcej nie wyznał. Jak jest naprawdę, tego zapewne się nie dowiemy. Być może jest ona narzędziem w czyimś ręku służącym do realizacji ukrytych celów. Podobne zastrzeżenia budzi jej związek z Kohlem, ponieważ poślubiła go, gdy przebywał w klinice w Heidelbergu, gdzie leczył skutki wypadku, w którym doznał poważnych urazów czaszki i poruszał się już tylko na wózku inwalidzkim oraz cierpiał na zaburzenia mowy.

„Nie mówi się źle o zmarłych” – ktoś mógłby w ten sposób skwitować niniejszy artykuł, ale moim zdaniem nie miałby racji, bo niczego takiego nie napisałem, co mogłoby popsuć reputację zamarłego kanclerza. Za to odniosłem się do poczynań jego bezrefleksyjnych czcicieli, którzy z pogrzebu zrobili cyrk, gdy w cyniczny sposób wykorzystali doczesne szczątki Helmuta Kohla, aby zainicjować powstanie nowej świeckiej „religii”, która w ich mniemaniu miałaby scementować rozwalający się gmach Unii Europejskiej. W przeszłości mieliśmy już do czynienia z podobnym bałwochwalstwem, gdy wbrew woli Lenina jego ciało zostało po śmierci zabalsamowane i posłużyło do stworzenia nowego kultu, którego najwyższym kapłanem stał się Józef Stalin. Może jest to zbyt drastyczne porównanie, ale dość trafne, bowiem nie wypada wykorzystywać zmarłych do maskowania niecnych planów, które nieopatrznie zostały ujawnione, gdy trumnę z „żywym symbolem jedności europejskiej” wnieśli dzielni wojacy z Bundeswehry…

Wojciech Podjacki

0
kryzys migracyjny

W sprawie kryzysu migracyjnego w Europie.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie kryzysu migracyjnego w Europie.

Wydarzenia, które miały miejsce w ostatnim czasie pokazały, że Unia Europejska nie radzi sobie z wyzwaniem, jakim jest masowy napływ do Europy ludności z Afryki i Bliskiego Wschodu. Wielomilionowa skala tego exodusu może być porównywalna jedynie z przemieszczeniami ludności po zakończeniu II wojny światowej lub z wielką wędrówką ludów barbarzyńskich, która w starożytności przyczyniła się do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Wiele wskazuje na to, że proces ten, podobnie jak w przeszłości, może radykalnie odmienić oblicze Europy i doprowadzić do głębokich zmian struktury etnicznej na dużych obszarach naszego kontynentu. W konsekwencji osiedlenia się w Europie milionów ludzi wywodzących się z obcej i wrogiej nam cywilizacji islamskiej, nastąpi wzrost zagrożenia przestępczością i terroryzmem, jak również upadek naszych europejskich wartości i kultury. Proces ten doprowadzi Europejczyków nie tylko do ruiny ekonomicznej i socjalnej, lecz przede wszystkim zdewastuje nasz dotychczasowy styl życia, którego, jak pokazują wieloletnie doświadczenia państw zachodnich, obcy nam przybysze w ogóle nie akceptują.

Wiele przyczyn złożyło się na powstanie tego zagrożenia, a jedną z ważniejszych jest znaczny wzrost populacji ludów zamieszkujących Afrykę i Bliski Wschód oraz towarzyszące temu zjawisku kurczenie się lokalnych zasobów i ubożenie wielkich mas ludności, a także powiększające się rozwarstwienie społeczne. Z jednej strony mamy do czynienia ze skrajną nędzą przeważającej części tamtejszych społeczeństw, z drugiej zaś z życiem w nadmiernym luksusie i przepychu wąskich elit. Dotyczy to w szczególności krajów zarabiających ogromne sumy na handlu ropą naftową i turystyce, które zamiast służyć rozwiązywaniu problemów w regionie, wydawane są na zbrojenia i utrzymanie zachłannych szejków. Kolejnym problemem jest postępująca w ostatnich latach destabilizacja tamtego regionu, której przyczyn należy doszukiwać się w aktywności islamskich radykałów, organizujących wystąpienia rewolucyjne w stylu „Arabskiej Wiosny Ludów” oraz inspirujących najohydniejsze zamachy terrorystyczne. Powszechnie wiadomo, że zbrodnicze formacje, takie jak ISIS czy Al-Kaida, wspierane są przez państwa muzułmańskie i wpływowe środowiska islamskie. Niebagatelną przyczyną jest również rywalizacja globalnych i regionalnych mocarstw, która na tamtym terenie przybrała bardzo brutalną formę, a ich sprzeczne interesy doprowadziły do zdemolowania dotychczasowej względnej równowagi sił. Wsparcie polityczne, finansowe i militarne udzielane z wielką hojnością wszelakiej maści rebeliantom, w konsekwencji doprowadziło do obalenia lokalnych reżimów, które nie cechowały się łagodnością wobec swoich obywateli, lecz za to były przewidywalne i utrzymywały w ryzach islamskich rzezimieszków. Czas pokazał, że miejsce po obalonych dyktatorach zajęli krwiożerczy dżihadyści, którzy rozpętali na wielką skalę terror, wprowadzili na zajętych terenach prymitywne prawo szariatu, wypędzili z domów miliony ludzi i przenieśli wojnę do centrum Europy.

W takiej sytuacji nieodpowiedzialna polityka Unii Europejskiej i odgrywających w jej ramach największą rolę Niemiec, musi się jawić jako szaleństwo lub zdrada pozostałych państw członkowskich, co wiedzie Europejczyków wprost do zbiorowego samobójstwa. Nie można bowiem inaczej nazwać zaproszenia do Europy przez kanclerz Angelę Merkel milionów imigrantów, których często trudno nazwać uchodźcami. Stanowią oni w przytłaczającej większości zbiorowisko młodych i rozwydrzonych mężczyzn, którzy przybywają do nas przeważnie po to, aby zaznać lepszego i wygodniejszego życia na koszt europejskiego podatnika. Nie garną się do pracy, lecz wyciągają ręce po zasiłki socjalne. Nie chcą się też integrować, tylko narzucić nam swój styl życia, a gospodarzom okazują całkowitą pogardę, o czym najdobitniej świadczy masowa skala kradzieży, rozbojów i przestępstw na tle seksualnym, których się dopuszczają w wielu europejskich miastach. Polityka multikulturalizmu wprowadzana na siłę przez środowiska lewicowe i liberalne w Zachodniej Europie poniosła całkowitą klęskę, a jej pokłosiem są znajdujące się we wszystkich większych miastach muzułmańskie enklawy, które stanowią wylęgarnię przestępców i terrorystów. Świadczą o tym tysiące najemników walczących w szeregach ISIS, rekrutujących się spośród rzekomo zasymilowanych europejskich muzułmanów, a także coraz większa liczba zamachów dokonywanych przez nich na terenie państw europejskich, w których zamieszkują. Z takim wrogiem trudno jest walczyć, bo jest w praktyce naszym sąsiadem. Dlatego godnym potępienia jest szerokie otwarcie drzwi dla kolejnych milionów przybyszów, którzy zasilą szeregi zradykalizowanych islamistów, dążących do przejęcia panowania nad Europą. 

Wzrostowi zagrożenia towarzyszy jednocześnie porażająca bezradność unijnych instytucji, które najpierw presją i szantażem wymusiły wpuszczenie ogromnej fali imigrantów w granice UE, a teraz próbują narzucić państwom członkowskim przyjęcie zasady automatycznej relokacji tych przybyszów, według odgórnie ustalanego rozdzielnika. Wiele wskazuje na to, że takie postępowanie jest elementem planu, który ma na celu złamanie oporu państw narodowych i narzucenie im nowych rozwiązań, mających doprowadzić do przyspieszenia procesów integracyjnych, czego efektem będzie przejęcie pełni władzy przez decydentów z Brukseli, marzących o przekształceniu Unii Europejskiej w państwo federacyjne. Sprowadzenie na Europę inwazji obcych przybyszów, którzy naruszą bądź zniszczą dotychczasowe status quo we wszystkich aspektach naszego życia społecznego, może być dogodnym pretekstem, aby postawić fałszywą tezę, że państwa członkowskie nie są w stanie samodzielnie poradzić sobie z taką skalą problemów, a dotychczasowe uprawnienia unijnych technokratów są do tego niewystarczające. Dlatego brukselscy komisarze zamierzają sięgnąć po prerogatywy pozostające do tej pory w gestii państw narodowych, a dotyczy to przede wszystkim ochrony granic zewnętrznych Unii. Domagają się bowiem utworzenia europejskiej straży granicznej, która wbrew woli poszczególnych krajów mogłaby przejmować kontrolę nad ich granicami, co w jawny sposób naruszałoby suwerenność tych państw. Prawda wygląda jednak inaczej, niż ją przedstawia unijna propaganda, ponieważ przykład węgierski wyraźnie pokazuje, że przy odpowiedzialnej i zdecydowanej postawie władz tego państwa, można było powstrzymać napływ imigrantów i zabezpieczyć społeczeństwo przed negatywnymi następstwami szkodliwej polityki unijnej.

Unia Europejska, poza szykanami i szantażowaniem państw członkowskich, które nie chcą się ugiąć przed jej dyktatem, nie ma do zaoferowania żadnego rozwiązania. Nie można przecież uznać za zbawienną kapitulację przed szantażem ze strony Turcji, która ma znaczny udział w destabilizacji Bliskiego Wschodu, gdzie próbuje realizować swoje interesy, kosztem całego otoczenia międzynarodowego, a wszystko to czyni pod parasolem ochronnym NATO i za pieniądze z Brukseli. Turcy nie bez podstaw oskarżani są o to, że wspierają ISIS i inne organizacje terrorystyczne w różnych zakątkach świata, a ich udział w interwencji na terenie Syrii i Iraku sprowadza się głównie do zwalczania Kurdów i dokonywania czystek etnicznych na terenach przygranicznych. Nie budzi też wątpliwości, że masowy exodus imigrantów do Europy ma wszelkie cechy zorganizowanego procederu, który nie byłby możliwy, gdyby nie przyzwolenie i wsparcie ze strony tureckich służb. Dlatego musi napawać niepokojem bliskie partnerstwo Niemiec i Turcji w „zarządzaniu kryzysem migracyjnym”. Nie można być bowiem przekonanym o szczerości intencji Ankary, która, w zamian za 3 mld euro i przyspieszenie negocjacji w sprawie członkostwa w UE, zobowiązała się do wdrożenia konkretnych działań w celu uszczelnienia swoich granic, powstrzymania fali imigrantów i skutecznego zwalczania przemytu. O tym jednak, że są to puste deklaracje świadczą brutalne fakty, ponieważ pomimo zimy, która tylko nieznacznie zmniejszyła skalę migracji, do samej Grecji codziennie dociera nawet 2 tys. osób. Turcy nie robią praktycznie nic, aby ograniczyć rozmiary tego exodusu i nie podejmują walki z przemytnikami na Morzu Egejskim, którzy nawet przy silnym wietrze i niskich temperaturach wsadzają ludzi do przepełnionych łodzi i wysyłają w morze. W świetle przytoczonych faktów można więc uznać, że polityka uległości wobec Turcji realizowana przez Berlin i Brukselę jest ślepą uliczką, która doprowadzi do pogorszenia się naszej sytuacji, ponieważ po przyjęciu tego państwa do Unii, z jego prawie osiemdziesięciomilionową społecznością muzułmańską, może się ono stać dla nas przysłowiowym „koniem trojańskim”.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że dla rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie należy podjąć zdecydowane działania, mające na celu zmianę dotychczasowej polityki Unii Europejskiej, której zadaniem powinno być zapewnienie Europejczykom prawdziwej „przestrzeni wolności, bezpieczeństwa i sprawiedliwości”, przy jednoczesnym poszanowaniu suwerenności państw narodowych. Musi temu towarzyszyć rezygnacja przez instytucje unijne z dążenia do narzucenia narodom europejskim zbankrutowanego multikulturalizmu, który, w imię fałszywie definiowanego humanitaryzmu, niszczy podstawy ich funkcjonowania. Unia Europejska nie ma prawa utrudniać lub zabraniać wolnym i dumnym narodom Europy podejmowania działań na rzecz ochrony wolności, majątku i stylu ich życia, przed zagrożeniami wynikającymi z masowego napływu obcych kulturowo przybyszów. Dlatego należy niezwłocznie zabezpieczyć i uszczelnić zewnętrzne granice UE, do czego niezbędne jest zastosowanie podobnych środków jakie przedsięwzięli Węgrzy oraz wyasygnowanie na ten cel odpowiednich funduszy z unijnego budżetu. W gestii Agencji Frontex leży natomiast udzielenie efektywnego wsparcia państwom członkowskim, a także skuteczne zwalczanie przemytu ludzi w basenie Morza Śródziemnego. Uszczelnienie granic i traktowanie z całą surowością prawa osób, które próbują je nielegalnie przekroczyć, w połączeniu z akcją informacyjną prowadzoną w krajach skąd rekrutują się imigranci, powinno przynieść oczekiwane rezultaty. Z Europy musi wyjść wyraźny komunikat, że więcej uchodźców ani tym bardziej imigrantów nie przyjmiemy, a wszystkich, którzy zignorują to ostrzeżenie będziemy traktować jak nieproszonych intruzów. W poczuciu odpowiedzialności za los Europy, trzeba również ukrócić wybryki tych polityków, którzy swoim postępowaniem sprowadzili na nas te kłopoty. Jeśli zaś chodzi o rozwiązanie problemu osób znajdujących się już na obszarze Unii, to naszym zdaniem należy dokonać ich niezwłocznej identyfikacji oraz deportować wszystkich imigrantów ekonomicznych, którym nie przysługuje status uchodźcy. Deportacji powinni podlegać także osobnicy, którzy zamieszani są w działalność terrorystyczną lub dokonali jakichkolwiek przestępstw podczas pobytu w Europie. Pomoc udzielana zweryfikowanym uchodźcom może trwać jedynie do momentu, gdy będą oni mogli bezpiecznie powrócić do swoich krajów. Doraźny charakter tej pomocy powinien wykluczać powiększanie liczby uchodźców poprzez udzielanie zgody na sprowadzanie kolejnych członków ich rodzin oraz doprowadzić do rezygnacji z prowadzenia kosztownych i nieskutecznych działań integracyjnych. Wszelkie koszty wynikające z udzielenia tymczasowego schronienia uchodźcom powinny być pokrywane z funduszy unijnych, a państw członkowskich, które nie chcą ich przyjąć na swoje terytorium nie powinno się do tego zmuszać.

Liga Obrony Suwerenności zdaje sobie sprawę z tego, że proponowane działania mają charakter doraźny, służący rozwiązaniu bieżącego kryzysu migracyjnego, ale są one niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom Europy. W celu uniknięcia w przyszłości podobnych problemów należy podjąć działania o charakterze długofalowym. Jednym z nich może być wywarcie skutecznej presji na kraje muzułmańskie, aby uzyskać ich większe zaangażowanie w pomoc uchodźcom przebywającym w państwach sąsiadujących z terenami objętymi działaniami wojennymi, ale przede wszystkim trzeba na nich wymóc zaprzestanie współpracy z organizacjami terrorystycznymi. Świat muzułmański musi wziąć większą odpowiedzialność za rozwiązywanie konfliktów w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie, a nie tylko czerpać zyski ze współpracy gospodarczej z Zachodem. Przywrócenie ładu i pokoju w tamtym regionie wymaga też większej rozwagi, odpowiedzialności i współpracy ze strony mocarstw dokonujących interwencji, aby cały świat nie musiał ponosić konsekwencji ich awanturniczej polityki. Dlatego rozwiązania trwających tam konfliktów powinno się poszukiwać na forum ONZ, a nie w narastającej rywalizacji militarnych potęg. Potrzebna jest efektywna pomoc materialna, kierowana za pośrednictwem organizacji humanitarnych wprost do uchodźców, zamiast dostarczanego stronom walczącym najnowocześniejszego uzbrojenia, które przeważnie wpada w ręce zbrodniarzy z ISIS.

Liga Obrony Suwerenności uważa, że Polska nie ponosi odpowiedzialności za wywołanie kryzysu migracyjnego w Europie. Dlatego nie powinniśmy przyjmować na swoje terytorium imigrantów ani uchodźców, którzy i tak nie mają zamiaru u nas pozostać, ponieważ celem ich wędrówki są bogatsze od nas kraje Zachodniej Europy. Obowiązkiem polskich władz jest obrona naszej suwerenności i zapewnienie bezpieczeństwa Polakom, którzy mają prawo do zachowania własnego stylu życia oraz pielęgnowania swojej kultury, religii i tradycji, a jednorodny charakter Państwa Polskiego jest wielką wartością i źródłem naszej siły. W związku z tym należy zawetować wszelkie próby narzucenia Polsce przez Unię Europejską jakichkolwiek kontyngentów w ramach przymusowej relokacji uchodźców. Udział naszego kraju w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego powinien polegać na aktywnej akcji dyplomatycznej, która miałaby na celu zmianę polityki unijnej na racjonalną i efektywną oraz na udzieleniu pomocy państwom borykającym się z falą masowej migracji, a także na wsparciu wszelkimi możliwymi środkami akcji uszczelnienia zewnętrznych granic Unii. Oczekujemy więc od polskich władz zdecydowanej i odpowiedzialnej postawy, która zagwarantuje bezpieczną egzystencję polskiemu społeczeństwu, a także umożliwi uregulowanie wstydliwego długu wobec rodaków mieszkających na terenach byłego Związku Sowieckiego i tych Polaków, którzy w ostatnim czasie zmuszeni byli do poszukiwania pracy za granicą. Priorytetem dla nas powinna być repatriacja osób polskiego pochodzenia, które w wyniku represji ze strony sowieckiego reżimu zostały przesiedlone w głąb ZSRS oraz ich potomków, co byłoby zadośćuczynieniem za cierpienia jakich doznali. Rozwiązaniem problemów demograficznych jest natomiast stałe działanie na rzecz zwiększenia dzietności polskich rodzin i stworzenie warunków do powrotu dla milionów polskich emigrantów ekonomicznych, a nie naturalizacja obcych nam cywilizacyjnie przybyszów.

Gdańsk, dn. 29 stycznia 2016 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki 

0
Prawdy Polaków spod znaku Rodła

W sprawie odrzucenia przez niemiecki rząd wniosku o nadanie Polakom mieszkającym w Niemczech statusu mniejszości narodowej.

O Ś W I A D C Z E N I E

w sprawie odrzucenia przez niemiecki rząd wniosku o nadanie Polakom 

mieszkającym w Niemczech statusu mniejszości narodowej.

Liga Obrony Suwerenności od kilku lat zwraca uwagę opinii publicznej na dyskryminację Polaków mieszkających w Niemczech i walczy o prawne uznanie naszych rodaków żyjących za Odrą za mniejszość narodową. Na wielu manifestacjach domagaliśmy się od polskiego rządu pomocy w tej sprawie, ponieważ ma on obowiązek chronić interesy rodaków żyjących poza granicami Ojczyzny. Dotychczasowy gabinet Donalda Tuska nie był jednak zainteresowany losem blisko dwumilionowej polskiej społeczności w Niemczech. Wiele wskazuje na to, że pomimo okazywanej przez Angelę Merkel „miłości” wobec obecnej premier Ewy Kopacz, los Polaków w Niemczech nie ulegnie zmianie.

Z oburzeniem przyjęliśmy decyzję niemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 8 listopada 2014 roku o odrzuceniu wniosku Związku Polaków w Niemczech, w sprawie przyznania mieszkającym tam Polakom statusu mniejszości narodowej. Zdaniem niemieckiego MSW obywatele tego kraju, którzy są polskiego pochodzenia, nie spełniają kryteriów koniecznych do uznania ich za mniejszość narodową, gdyż nie są „ludnością rodzimą i tradycyjnie osiadłą” w państwie niemieckim. Taka ocena sytuacji przez niemieckich urzędników nie jest zgodna ze stanem faktycznym, gdyż za Odrą żyje kilkaset tysięcy osób pochodzenia polskiego, których przodkowie zaczęli przybywać na te tereny jeszcze w XIX wieku. Posługują się wciąż językiem polskim i kultywują tradycje wyniesione z rodzinnych domów. Dla porównania warto nadmienić, że za mniejszość narodową w RFN uznano mieszkających tam Romów, o których ciężko powiedzieć, że są „ludnością rodzimą i tradycyjnie osiadłą”. Oprócz wybiórczej interpretacji faktów przez stronę niemiecką, oburzającym jest także podtrzymywanie przez władze niemieckie decyzji z czasów panowania reżimu hitlerowskiego. 27 lutego 1940 roku Niemcy zdelegalizowali Związek Polaków w Niemczech oraz nakazali konfiskatę majątku tej organizacji, którego wartość szacowana jest obecnie na setki milionów euro. Polaków pozbawiono także statusu mniejszości narodowej, a tysiące działaczy społecznych polskiego pochodzenia aresztowano i zamordowano.

W Polsce żyje blisko 100 tys. obywateli pochodzenia niemieckiego. Oprócz statusu mniejszości narodowej, przysługują im także wysokie dotacje na niemieckojęzyczne szkolnictwo, media czy imprezy kulturalne. Posiadają oni możliwość posługiwania się językiem niemieckim w urzędach, a w miejscowościach przez siebie zamieszkanych umieszczone są tablice z dwujęzycznymi nazwami. Mniejszości niemieckiej nie obowiązują progi wyborcze, dlatego posiada ona swoich przedstawicieli w polskim Sejmie i licznych samorządach. Dlaczego więc władze niemieckie nie stosują wobec Polaków zamieszkujących terytorium ich państwa takich samych standardów?

Liga Obrony Suwerenności domaga się od władz Republiki Federalnej Niemiec uchylenia dekretu Hermanna Göringa oraz przywrócenia statusu mniejszości narodowej Polakom mieszkającym w Niemczech, a także zwrotu w całości majątku skonfiskowanego Związkowi Polaków w okresie rządów hitlerowskich. Domagamy się również od polskich władz większego zaangażowania oraz lepszego dbania o interesy Polaków żyjących w Niemczech. Obowiązkiem polskiego rządu jest finansowe wspieranie działalności kulturalno-oświatowej prowadzonej w Niemczech przez polskie organizacje, ponieważ brak jakichkolwiek działań w tym zakresie skazuje naszych rodaków na utratę ich narodowej tożsamości. Uważamy także, że w przypadku dalszego ignorowania ze strony niemieckiej postulatu uznania naszych rodaków za mniejszość narodową, należy dążyć do zachowania symetrii w stosunkach dwustronnych, czyli do stopniowego ograniczania nieuzasadnionych przywilejów obywateli polskich pochodzenia niemieckiego.

Gdańsk, dn. 29 listopada 2014 roku.

Przewodniczący

Ligi Obrony Suwerenności

Wojciech Podjacki

0