O-NAS

AKTUALNOŚCI

Musimy walczyć o godność i pamięć Polaków

Polacy żyją dziś w wyjątkowo złożonych politycznie, ekonomicznie i społecznie czasach. Szukają drogowskazów i zadają podstawowe pytania. Gdzie popełnili błąd? Być może przypomnienie pewnych istotnych faktów z nie tak dalekiej przeszłości może zbliżyć nas do zrozumienia teraźniejszości…

Musimy pamiętać, że w czasie ostatniej wojny w zgliszczach legły nie tylko polskie miasta, wsie i dorobek materialny przodków. Stała się rzecz o wiele straszniejsza. W wyniku hekatomby polskiej inteligencji (trwającej jeszcze wiele lat po wojnie), fizycznej eksterminacji narodu, w tym ludobójstwa ludności kresowej (zmiany kształtu terytorialnego, zsyłek, wypędzeń, przesiedleń, emigracji) i trwającej latami wszechobecnej wrogiej agitacji, polskie społeczeństwo praktycznie wykorzeniono.

Kolejne władze i nowe „elity”, mające propagandowy i edukacyjny monopol, urobiły Polaków na kształt uległej i podatnej na sterowanie zewnętrzne ludzkiej masy, połączonej jedynie faktem zamieszkiwania wspólnego terytorium. Realizowały to drogą zastraszania, przekupstwa, uwodzenia i zniewalania elit, awansowania ludzi moralnie wątpliwych, ale posłusznych, przy równoczesnym eliminowaniu i politycznym izolowaniu opornych. Dotknęło to wszystkie grupy społeczne, nie wyłączając szkół wyższych i Kościoła. Polakom systematycznie wpajano pogardę do swojej historii, przekonanie o przyrodzonym niemal nieudacznictwie, bezmyślności połączonej z brawurą, antysemityzmie. Całe artykuły poświęcano „polskim grzechom głównym”, posługując się przy tym bez żenady kłamstwem. Wtedy zaczęło się przemilczanie, manipulacja, mieszanie ofiar z katami. Większość naszych obywateli, z niewiedzy czy konformizmu, tendencjom tym uległa. Zaczęło brakować busoli moralnej, domów gdzie tradycja honoru, a choćby przyzwoitości byłaby skutecznie przekazywana młodym. Brak było prawdziwych lektur, bowiem przystąpiono również do opróżniania bibliotek, księgarń, wydawnictw, szkół i innych placówek kulturalnych z dzieł „nieprawomyślnych”. Na pierwszy ogień poszły biblioteki szkolne. Począwszy od wakacji 1949 roku (wybrano ten okres, by zapobiec protestom). Oczyszczano księgozbiory z – jak to określono – „książek religianckich”. W latach 1952-53 objęto czystką biblioteki publiczne, parafialne i księgarnie. Proceder ten trwał z dużym nasileniem aż do roku 1957. Tysiące tytułów w milionach egzemplarzy oddawano na makulaturę i niszczono. Częstokroć cały dorobek inkryminowanych autorów skazywano na zagładę. Tak było m.in. ze wszystkimi pracami znienawidzonych przez komunistów Zofii Kossak Szczuckiej, czy Józefa Mackiewicza. Do tej pory dostęp do tych prac jest utrudniony. Spisy usuwanych pozycji były utajniane. Jedna z list książek zakazanych z 1951 roku została jednak odkryta w archiwach i opublikowana przez wydawnictwo Nortom. Jest na niej prawie 2300 pozycji, w tym książki dla dzieci. Oczywiście na listę trafiły prace marszałka Józefa Piłsudskiego i o Piłsudskim, o Legionach, prace Romana Dmowskiego i wszelkie endeckie. Ponadto duża część listy to książki traktujące o Żydach, w tym nawet bajki związane z ludowymi przekazami. Była to, widać, wyjątkowo drażniąca komunistów kwestia. Dalej idą prace o komunizmie i bolszewikach, książki wojenne (szczególnie te opisujące „cud nad Wisłą” i odzyskanie niepodległości w roku 1918), a także publikacje dotyczące dziejów Kresów (od dzieł i opracowań stricte naukowych, po książki Kornela Makuszyńskiego, jak „Uśmiech Lwowa”, albo „Radosne i Smutne”). Tępiono prace o tematyce religijnej, hagiograficznej i w szerokim rozumieniu patriotyczne. To był potężny cios dla kultury narodowej, która do dziś się nie podniosła! Dzisiejsze sterowanie społeczeństwem i fałszowanie naszych dziejów jest możliwe poprzez wyeliminowanie owych książek – nośników wiedzy o przeszłości, doświadczeniach i tradycji narodowej.

Jak na ironię, komunistom przeszkadzały też książki Heleny Mniszkówny czy poradniki dobrych manier, jak: „O przyzwoitym zachowaniu młodej panienki i pielęgnowaniu zdrowia”, czy bajeczki dla dzieci Makuszyńskiego. Zakaz czytania obejmował oczywiście także książki zza „żelaznej kurtyny”. Cenzura odcięła intelektualistów (naukowców, historyków, ekonomistów…) na kilkadziesiąt lat od wiedzy i prawdy. Nie sprowadzano zachodnich czasopism naukowych. Zakaz pisania na niektóre tematy był tak szczelny, że ani pisarze, ani naukowcy nie ryzykowali nawet delikatnych i zawoalowanych prób ich podejmowania. Obowiązywała „czarna lista” autorów, których dzieł nie wolno było wydawać.

 Aż wstyd wspominać jak zakończyła się nieśmiała próba powstrzymania szalejącej cenzury – „protest 34” z 1954 roku. Jego finał, to „kontr-protest” zorganizowany przez KC. Konkurencyjną listę i potępienie odważnych podpisało aż 600 pisarzy! Szkoda, że w jakże krótkiej pamięci nie zostały zachowane te nazwiska. Znajdujemy je do dziś w kręgu polskich „luminarzy”. Nieśmiałe bunty powtórzyły się w latach 1968 i 1969, ale zjawisko masowego protestu i stworzenia tzw. drugiego obiegu to dopiero koniec lat 70. Tak czy inaczej, ustawa o cenzurze obowiązywała jeszcze po Magdalence. Dopiero w kwietniu 1990 roku Sejm zadecydował o ostatecznej likwidacji GUKPPiW.

Na skutki trwających od dziesięcioleci destrukcyjnych działań patrzymy dziś z trwogą i zażenowaniem. III Rzeczpospolita to kolejny etap deprecjacji naszego narodowego ego. Po krótkim patriotycznym uniesieniu – „festiwalu Solidarności”, wszystko szybko wróciło w stare koleiny. Okrągłostołowe elity okazały się dalekie od uczuć narodowych. U steru znalazły się osoby dbające o każdy inny, ale nie polski stan posiadania. Wyprzedaż majątku i grabież mienia „wspólnego” była bezprecedensowa. Fabryki, zakłady, banki były sprzedawane za bezcen. Spora część funduszy posłużyła pokrywaniu nawet bezzasadnych roszczeń mniejszości narodowych i sponsorowaniu cudzoziemskich „konsultantów” i „specjalistów”. Nikt nie myślał o zasadzie bilateralności. Szalała przestępczość zorganizowana, umocowana w dawnych służbach specjalnych. Nie dokonano lustracji i nie ukarano winnych zbrodni komunistycznych, za to młodych uwodzono sloganem „róbta co chceta” i „jesteśmy Europejczykami” (choć przecież byliśmy nimi zawsze). W mediach zapanował monopol wynikający ze stosunków własnościowych. Indoktrynację, sączoną subtelnie, umysły czytelników przyswajały mimowolnie, poprzez „newsy” i teksty „wziętych” autorów. Piórami wytrawnych publicystów w poczytnych gazetach systematycznie szkalowano i oczerniano Polskę, a z jej historii i ludzi pragnących walczyć o prawdę, honor narodowy i przyzwoitość, uczyniono urągowisko, przyklejając im etykietę szowinistów, a nawet faszystów.

Wszystkie ideały postanowiono sprowadzić do jednego: pieniędzy. Dość szybko Polacy zanurzyli się w konsumpcjonizmie i hedonizmie prowadzącym do rozwiązłości. Narkomania, prostytucja, rezygnacja z rodzicielstwa; za to zachęcanie do środków antykoncepcyjnych i aborcji. Media uderzyły z całą mocą w rodzinę, lansując konkubinaty, małżeństwa homoseksualne i antyklerykalizm. Panujący monopol propagandowy gwarantował szerzonym w ten sposób stylom życia pełne powodzenie. Myślących tradycyjnie,  propolsko, czy wierzących, zakwalifikowano do niższej kasty: „moherów” i „ciemnogrodu”.

Ludzi wierzących ślepo w „postęp” zagoniono jednak do nowej niewoli. Społeczeństwo, wolne dotąd od obciążeń, przy pomocy nachalnej reklamy i propagandy pogrążono w długach i hipotekach na zakup dóbr o spekulacyjnie zawyżonych cenach. Zrobiono z Polaków nowych wyrobników – zakładników obcych banków. Nożyce bogactwa i biedy rozwarły się dramatycznie. Setki tysięcy „wykluczono”, stali się odrzutami społeczeństwa konsumpcyjnego, kolejne setki tysięcy, a potem miliony opuściły kraj rodzinny idąc „za chlebem”.

Poprawność polityczna jako nowa cenzura

Miejsce komunistycznej, instytucjonalnej cenzury zajęła po 1989 r. inna, nazwana poprawnością polityczną, co oznaczało konformistyczne uleganie presji radykalnych środowisk liberalnych propagujących tzw. otwartość na wszelkie style życia i ideologie. Jej zasadą jest przyjmowanie bez krytyki wszystkiego, co jest zgodne z aktualną modą i trendami. Wyznawcy tej doktryny uważali, że każdą sprawę da się rozwiązać pod warunkiem przyjęcia jedynie słusznej zasady niestawiania jakichkolwiek ocen moralnych, czy nierozpatrywania wydarzeń i postaw w kategoriach dobra – zła, czy prawdy – fałszu. Równocześnie eksponowane jest do granic możliwości pojęcie wolności osobistej w rozumieniu dowolności wyborów, bez liczenia się ze społeczeństwem, tradycją, narodem. Aby nie zostać określonym jako „skrajny radykał”, „oszołom”, trzeba było być stale czujnym, by w niczym nie uchybić całemu spektrum potencjalnych „obrażonych”. Rasa, narodowość, płeć, orientacja seksualna, ekologia – wszystko to stało się z niewiadomej przyczyny politycznym orężem, podlegając swoistej drażniącej „nowomowie”, zaś sprawy dużej wagi pozostawiono sterowaniu „czynników wpływu”. Strach przed nazywaniem rzeczy po imieniu prowadził oczywiście do swoistej schizofrenii, a w końcu do poczucia lęku przed prezentowaniem swojego zdania, z obawy przed ośmieszeniem. Ta zakaźna, epidemiczna choroba, atakująca mózgi przyszła do nas z USA i wyszlifowana została w Europie Zachodniej. Objawiała się zastępowaniem zdrowego rozsądku niedorzecznościami. Oparta na liberalnych, często wręcz libertyńskich zasadach ideologia, głosząca prymat wolności nad prawdą, w sposób jednoznaczny zburzyła porządek moralny jednostek i społeczeństw, przekreśliła chrześcijańskie wartości dobra i miłości. Popularyzując konsumpcjonizm, hedonizm i nieodpowiedzialność prowadziła i prowadzi do dziś do relatywizowania wszystkich wartości i odbiera możliwość odnalezienia autorytetów. Jeśli wszystko jest dobre i OK., to nieistotne czy ktoś jest porządny, uczciwy, moralny. Pijak, narkoman, złodziej, oszust też są wszak OK. Wydaje się, że poprawność polityczna wręcz opiera się na różnorodności patologii i dewiacji moralnych i społecznych. Na przykład propagowany przez orędowników tej ideologii feminizm okazał się w praktyce jedynie wojną wydaną rodzinie przez lansowanie „nowego stylu życia” wyzbytego odpowiedzialności i rodzicielstwa. Nie bez powodu. Człowiek posiadający rodzinę z reguły zaczyna trzeźwo patrzeć na rzeczywistość i nie daje się łatwo zwodzić. A takich nie potrzeba. Dlatego walczono do ostatniej kropli krwi z tzw. homofobią. Zapanowała też moda na uciekanie od problemów. Wszystko miało być „ugłaskane” i pozbawione napięć. Opętana tą niebezpieczną chorobą umysłów Europa, a z nią Polska, oddalała się od swej cywilizacyjnej kolebki, zateizowała się i zdeprawowała. Coraz więcej wydaje się zapominać, że nie wszystko jest względne. Istnieją niezmienne punkty odniesienia, prawda jest jedna, a podział na dobro i zło czytelny. Dla naszego kraju jest jeszcze nadzieja, bo pomimo wszystkich wysiłków nie wypleniono w nim religii chrześcijańskiej.

Niektórzy, z lęku, wygody, czy braku wiedzy i siły, podporządkowali się dyktatowi fałszywych autorytetów, sterowanych arcyzręcznie z ukrycia przez „czynniki wpływu”. Przyjmują ich oceny, wartościowania, ogląd rzeczywistości. Jest to niewątpliwie rodzaj szantażu i ubezwłasnowolnienia społeczeństwa, choć nie widać nitek poruszających marionetkami. Niebagatelną rolę pełnią tu pieniądze. Na zaakceptowane, poprawne politycznie i zgodne z aktualnymi dyrektywami „rządców dusz” projekty, prace, książki, zawsze znajdowały się dotacje i stypendia z kraju i zagranicy. Co gorsza, zdecydowana większość mediów reprezentowała przez lata tę „jedynie słuszną” opcję. Artykułów i książek „niepoprawnych”, poruszających „niepoprawne” tematy nie dopuszczano do druku lub nie udzielano im dofinansowań. Nawet jeśli się ukazywały to w skromnych szatach, w minimalnych nakładach, nie były należycie dystrybuowane. Często były przemilczane, a jeśli przebiły się – były ostro atakowane. Do tego doliczyć trzeba obawy śmiałków co do  możliwego bojkotu towarzyskiego, kar finansowych lub innych szykan. Nagrodami obsypywane były za to latami wulgarne i obsceniczne prace młodocianych nimfomanek, czy alkoholowe wynurzenia „literatów”. Był też katalog tematów „tabu”, których poruszenie groziło, (a jak się zdaje grozi dalej) ciężkim uszkodzeniem kariery, podobnie jak publikowanie na łamach niektórych „źle widzianych” czasopism. Takimi są m.in. tematy żydowskie, zbrodnie popełniane przez mniejszości na Kresach itp.).

Jest rzeczą niepokojącą, że do dziś matecznikiem political correctness, podobnie jak na Zachodzie, są uczelnie wyższe. Pracownicy naukowi pod presją „postępowych” zwierzchników nadal boją się jej przeciwstawiać z obawy o utratę awansu, a nawet zatrudnienia. Krytyka, wypowiedzenie własnego zdania, użycie słów „niepoprawnych” skończyć się bowiem może, nadal, posądzeniem o szowinizm, „homofobię” i wszelkie inne zwyrodnialstwo, i… zepchnięciem  na „uczelniany” margines.

Co dalej z polską szkołą?

Nasza młodzież nie była przez ostatnie dwadzieścia kilka lat kształcona na świadomych swych wartości kulturowych obywateli-patriotów, ale na „obywateli świata”, którzy jak najszybciej mają wtopić się w „globalną wioskę”. Celem kierujących oświatą było, aby „plemienne” odrębności nie przeszkadzały młodym  w dobie zachodzących przemian i nie stanowiły niechcianego balastu w ich przyszłym życiu. Zabijano więc sukcesywnie w młodzieży te najcenniejsze wartości, których dopracowywaliśmy się przez wieki i które nas indywidualizowały i czyniły silnymi, siłą własnego mentalnego dziedzictwa. Przekonywano, że Polacy nic nie mają Zjednoczonej Europie do zaoferowania poza zacofaniem i ciemnotą. Robiono to tak długo i systematycznie, aż uwierzyli. W pewnym momencie sięgnęliśmy dna – młodzież zaczęła się wstydzić naszego kraju. Wstydzić się polskiej splugawionej historii, wiecznego nieudacznictwa, zacofania, nienadążania, oskarżeń o antysemityzm. Duża część młodych nie chciała już być Polakami i postanowiła wyjechać jak najdalej. Nie ma się co dziwić – jeśli nawet były premier stwierdził, że „polskość to nienormalność”!

Przy dobrze realizowanym kształceniu, każdy młody człowiek zdający maturę jest tolerancyjny, bo zna i ceni wartość własnej kultury i to ona jest jego opoką na całe życie, daje poczucie własnej wartości i ukształtowanych na tej podstawie norm. Musimy więc postawić na odzyskanie przez młodych szacunku dla własnej historii i kultury. Zrezygnować z pośpiesznego „przebiegania przez materiał” i zamieniania drogą testów, sprawdzianów kompetencji i różnego rodzaju pogoni za olimpiadami, prawdziwego nauczania opartego na obrazie i opisie, nasyconego miłością, w jakiś koszmarny zbiorowy teleturniej.

Bez dużej wiedzy, talentu i serca, miłości do swych dziejów przekazać się nie da. Wybierać więc powinniśmy na pedagogów ludzi nieprzeciętnych, bo tylko tacy mogą ten trend odwrócić. Płaćmy im za pracę godziwie, dokształcajmy młodych nauczycieli, częściowo już „zdemoralizowanych” złym wcześniejszym kształceniem, walczmy o sensowne podręczniki i sposoby nauczania.         

„Historię swoją piszcie sami. Bo inaczej napiszą ją za was inni, i będzie źle”.

(Józef Piłsudski)

Musimy pogodzić się z faktem, że w stosunkach z sąsiadami niczego nie da się zadekretować „na zawsze”. Narody funkcjonują w ramach pewnych schematów postępowania, opartych na ich wiekowych doświadczeniach historycznych. Można powiedzieć, że pewne sytuacje zawsze wracają (szczególnie w okresach kryzysów), tylko w nieco innej formie. Alianse zawierane w przeszłości nad naszymi głowami przez sąsiadów, które na dodatek przynosiły im realne korzyści, też są i mogą być kontynuowane. Na zmianę tego stanu rzeczy nie ma co liczyć.

Zakłamana i wykrzywiona „polityka historyczna” realizowana przez komunistów została zastąpiona na lata brakiem takowej, a raczej oddaniem jej w ręce przedstawicieli mniejszości narodowych. Z poduszczenia „nowych elit” rozpoczęto festiwal narodowego przepraszania wszystkich i za wszystko. Trend ten niestety uległ dziś tylko niewielkiej naprawie. Mimo zmiany ekipy władzy jesteśmy świadkami kolejnych prób „ręcznego sterowania” – bez uwzględnienia POLSKIEJ RACJI STANU!

Niemcy, Ukraińcy, Litwini, Białorusini, ruszyli do retuszowania, a nawet pisania swojej historii na nowo. Środowiska żydowskie żądają od Polaków wypłacania Żydom wyimaginowanych „odszkodowań” pod groźbą prześladowań… Nie przeczytamy już o „zbrodniach niemieckich”, ale „nazistowskich”, a tu przecież „naprawiacze historii” mogą wpisać każdego. „Polskie obozy śmierci” – to najlepszy przykład manipulacji historycznej.

Czy z dzisiejszych podręczników historii dzieci nauczą się miłości do swojego rodzinnego kraju? Nie znajdą tam pochwały swych dziadów, którzy kochali Ojczyznę nad życie i służyli jej z całych sił! To oni po 150 latach niewoli, po straszliwej wojnie światowej, w krótkim czasie scalili rozbity polski organizm państwowy, dźwignęli go gospodarczo i społecznie, zbudowali szkolnictwo, wojsko, infrastrukturę! Tak, historia II Rzeczypospolitej była latami kastrowana i obrzydzana! Nie znajdziemy opowieści o wyjątkowym geniuszu Powstańców Wielkopolskich, o bohaterstwie Orląt Lwowskich czy Wilniaków broniących polskości swoich ukochanych miast, o arcyciekawych okolicznościach zaślubin Polski z Bałtykiem… Nie dowiedzą się też o rozmiarach i okrucieństwie ludobójstwa dokonanego na Polakach przez OUN-UPA, SS-Galizien i inne ukraińskie formacje w czasie wojny, o zbrodniach Szaulisów litewskich czy nacjonalistów białoruskich. Nie dowiedzą się o „czarnych kartach” współpracy Żydów z bolszewizmem w eksterminacji Polaków. To tematy zakazane – wykładnia miała być zawsze antypolska!

Za to uczniowie otrzymywali nudną i „brudną” sprawozdawczość na temat politycznych „przepychanek” w międzywojennym parlamencie i „straszliwym prześladowaniu mniejszości”. Okres wojny to głównie holokaust odmieniany przez wszystkie przypadki, a w powojennej historii rozwinięty na wielu stronach wątek rzekomo okrutnej operacji „Wisła”. Równie rażącym przykładem braku szacunku dla prawdy mogą być kolportowane w szkołach tzw. teki edukacyjne. Wydawałoby się, że publikowanie nierzetelnych podręczników, uwłaczających dobremu imieniu Polaków, które jedynie demoralizują i zniechęcają do własnej historii jest czymś niedopuszczalnym.

Przemilczane ludobójstwo na Kresach

Probierzem naszej narodowej solidarności jest stosunek Polaków do ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA na Kresach w czasie ostatniej wojny. Mord dokonany przez ukraińskich nacjonalistów na ludności polskiej, a następnie opuszczenie przez setki tysięcy naszych obywateli swych kresowych siedzib, w wyniku przymusowej, zatwierdzonej traktatami ekspatriacji, wywarły traumatyczny wpływ na dużą część społeczeństwa. Dla większości jest to do dziś niegojąca się rana. Zarówno za czasów komunistycznych, jak i obecnie, wiedza o tych faktach była ukrywana lub fałszowana; przekonywano, że to ofiara była katem. Niektórzy historycy, wbrew oczywistym faktom, zaczęli masowe zbrodnie nazywać „walkami polsko-ukraińskimi”. Podręczniki omijają tę „drażliwą” kwestię. Świadków wydarzeń, znających prawdę, otoczono niewiarą i wtłoczono w kresowe getto. Na całe dziesiątki lat ta straszna zbrodnia znikła niemal zupełnie w świadomości naszych obywateli. Taki stan rzeczy wygodny jest zarówno dla sprawców, jak i dla ludzi na sprawy polskie obojętnych, patrzących jedynie na doraźne zyski polityczne czy gospodarcze. Politycy stale uwikłani w wielką politykę światową pomijają w swych rachubach moralny aspekt kontaktów sąsiedzkich. A kto zapomina historię, powtarza ją. Świadomość historyczna własnego narodu nie może być budowana na zakłamaniu. Prawda, nawet po długim czasie, wychodzi  na jaw i może zburzyć najmisterniej skonstruowane budowle specyficznie rozumianej akcji „porozumienia i współpracy”.

W stolicy do dziś nie postawiono prawdziwego monumentu upamiętniającego ludobójczo pomordowanych przez ukraińskich nacjonalistów Polaków. To  jest nasz zbiorowy wstyd. Czyżby setki tysięcy barbarzyńsko pomordowanych cywilnych Polaków nie zasługiwały na uszanowanie? Oprawcy Polaków rozpierają się już bezwstydnie tysiącami na cokołach w centrach byłych Kresowych Miast.

Nacjonalistyczny punkt widzenia na przeszłość stał się dziś obowiązujący nie tylko na zachodniej Ukrainie, ale spotkamy go i w Polsce, gdzie istnieje już ok. 200 upamiętnień UPA. Mordując nas na Kresach w sposób tak barbarzyński, wielu Ukraińców dało najszczerszy dowód swych uczuć wobec Polaków – mordowano nawet dzieci mieszanej krwi. Puszczając z dymem polski dorobek cywilizacyjny wielu wieków, hamując na dziesiątki lat wszelki postęp, dokonali wyboru sami – niepotrzebni byli do tego nawet Rosjanie. Nie możemy tego nie zauważać. Żadne „pojednania” nic tu nie zmienią. Podejście do swej przeszłości powinni zmienić sami Ukraińcy: usunąć ten najstraszniejszy z faszyzmów ze swej teraźniejszości i potępić kult zbrodni zachowany w tej ideologii. Nazwać, rozliczyć i potępić publicznie ludobójców, a nie robić z nich bohaterów, nie nazywać ich imionami ulic i placów, nie uczyć kłamstw w szkołach. Inaczej cała wiarygodność takiego partnera jest równa zeru i o normalnych sąsiedzkich stosunkach nie ma co marzyć. Zostaną tylko w sferze deklaracji. Solidny partner dotrzymuje umów i nie dopuści do skandalicznego fałszowania wspólnej przeszłości.

Jeżeli władze dzisiejszej Ukrainy uznały, że ludobójczej akcji „odpolszenia” zawdzięczają dzisiejszy samodzielny byt państwowy, a ich wykonawców nagradzają i honorują, to powinni wziąć za te zbrodnie odpowiedzialność. Nie wolno budować państwa na ludzkiej krzywdzie i być z tego dumnym…

Ukraińcy powinni zadośćuczynić Polakom za krzywdy, także finansowo, tak jak za swoje zbrodnie zapłacili Żydom Niemcy. Za spalone i ograbione tysiące polskich wsi, za setki tysięcy ofiar, okrutnie pomordowanych, pokaleczonych, za sieroctwo, nędzę i poniewierkę ocalonych. Na pewno byłyby to sumy ogromne – ale słusznie należą się poszkodowanym, żyjącym dziś często w biedzie.

              PAŃSTWO NASZE I RODZINY LUDOBÓJCZO POMORDOWANYCH POLAKÓW W TAKIEJ SYTUACJI MUSZĄ JEDNOZNACZNIE ZAŻĄDAĆ OD UKRAINY REPARACJI I ODSZKODOWAŃ!

Tymczasem w Polsce mamy sytuację odwrotną. To Ukraińcy wysiedleni w operacji „Wisła” za wspomaganie band UPA, która nie jest godną pochwały, ale morderczą nie była, żądają teraz od Polskiego Państwa odszkodowań. A przecież przesiedlonym dano nowe gospodarstwa, środki do życia, mogli też zabrać swój inwentarz i sprzęty… Czyż to nie paradoks? Polacy uciekali przed banderowskim nożem tylko „z duszą”. Byli zupełnymi nędzarzami, często poparzonymi i ze straszną traumą pourazową. Wszak na ich oczach masakrowano ich najbliższych!

Mało, od kilku lat wpuszczamy bezrozumnie w swoje granice miliony Ukraińców – nie weryfikując ich. Napływają bandyci, szowiniści – a rządy polskie nie budują żadnej tamy. Nadal, mimo „dobrej zmiany” nie uchwalono ustaw uznających antypolski z gruntu ukraiński nacjonalizm – banderyzm (i jego symbolikę) za zakazany na naszym terytorium! To niesłychane. Ze względów „ideologicznych” (żeby się nie obrazili???) nie wzmacnia się murem lub ogrodzeniem granicy z Ukrainą choć jest jasne, że za pieniądze Ukraińcy tamtędy tłoczyć będą (i już to robią) w polskie granice tysiące „uchodźców”!

Polska nie reaguje, wtedy gdy profanowane są polskie groby, pomniki, a nawet konsulaty, a ambasadorem na Ukrainie mianuje wroga polskości ! To jest ciężki wstyd!

Za to angażujemy się w coraz nowe „akcje pojednania”, wypłacamy ukraińskim skorumpowanym władzom mizdrzącym się do ukraińskiego szowinizmu – wielkie sumy na zatracenie. Każdy człowiek, mający trochę oleju w głowie, wie – że to wszystko na próżno bez wyznania win przez Ukraińców i potępienia oprawców Polaków!

Polacy – nieuleczalni  idealiści

Czy Polacy zasłużyli sobie na tak okrutne potraktowanie? Dziś już nikt nie chce pamiętać, że pomimo okrucieństw dokonanych przez Ukraińców w stosunku do ludności polskiej w 1918 roku i czasie wojny polsko-ukraińskiej w 1919 roku – wypłacaliśmy ukraińskim oficerom i przywódcom renty kombatanckie, a procesy przeciwko przestępcom zostały zawieszone. Państwo sponsorowało kościoły – zarówno greckokatolicki, jak i prawosławny. Rzeczpospolita utrzymywała ukraińskie szkoły, placówki kulturalne i społeczne, organizacje młodzieżowe, dawała kredyty spółdzielczości ukraińskiej. Prowadziła eksperyment wołyński Józewskiego, który uczynił życie społeczne i polityczne Ukraińców na Wołyniu w pełni demokratycznym, częstokroć kosztem ludności polskiej. Sądy, które ułaskawiły sprawców skrytobójczego mordu na ministrze Pierackim (w tym S. Banderę). To właśnie Bronisław Pieracki, dobrze i życzliwie myślący o Ukraińcach, opracował niedługo przed zamachem akt normalizacyjny między naszymi nacjami, który przewidywał dla takich jak owi zbrodniarze – złagodzenie kar. W akcji ochronnej z 1930 roku w Małopolsce Wschodniej, którą rzuca się stale Polakom przed oczy jako „pacyfikację” – żaden Ukrainiec nie zginął. A było to wtedy, kiedy na sowieckiej Ukrainie za Zbruczem ginęły zamorzone głodem miliony Ukraińców!

Koncepcje federacyjne, szerokie wizje rozwiązania problemów Europy Środkowo-Wschodniej, jakże odmienne od ówczesnych tendencji totalitarnych, powinny być badane, bo były wizjami szlachetnymi i godnymi pochwały – choć niestety bez szans na realizację w owych czasach. Chyba także w żadnych czasach, bo pewnych procesów cywilizacyjnych nie da się przyśpieszyć, kodów kulturowych zmienić. Próby ich realizacji nie świadczą jedynie, jak twierdzą niektórzy, o „tendencjach samobójczych narodu polskiego”. Mówią też wiele o nas samych, o sile naszego ducha i wizjonerstwie, do jakich wiele ksenofobicznych społeczeństw i narodów w ogóle nie dorosło.

W mrocznych czasach faszyzmu europejskiego wiele z tych chwalebnych cech stało się przyczyną naszej porażki. Tak! Nie byliśmy okrutni i bezwzględni. Nie chcieliśmy jako społeczeństwo zaakceptować totalitarnych wodzów, takich jak: Hitler, Stalin, Bandera, ani ich cynicznych i amoralnych, choć z ich punktu widzenia skutecznych postępków. Być może rozminęliśmy się z „trendami” – ale czy to powód do wstydu?

Prawda historyczna w Polsce przegrywała. Rękami wielu badaczy realizowane są projekty jednostronne, dla Polski niebezpieczne, wręcz wrogie. Nie brakowało pieniędzy na przedsięwzięcia dotyczące euroregionów, krzewienia kultur mniejszości, badań zmierzających do rozkładu polskiego społeczeństwa i rodziny, kiedy wiedza o kulturze narodowej ginęła i deprecjonowała się, a naród demograficznie skarlał.

To musi się zmienić!

Musimy spróbować odbudować sponiewierany przez naszych wrogów ethos. Przywrócić symbole, pokazać naszą chwałę. Poprzez odszukanie wiedzy i historii, nie historii klęsk, ale tej prawdziwej i budującej, na której uczyli się miłości Ojczyzny nasi poprzednicy. Musimy pokazać, że umiemy, szczególnie gdy jesteśmy wystarczająco wykształceni, zdyscyplinowani i zdeterminowani – wygrać swój kraj. Jest nadzieja. Oby znowu nie została zmarnowana!

Dr Lucyna Kulińska